fotoexplorer blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: wulkany

(cd. notki 3)

„Wiesz co? Chyba Ci się spodoba!” – Ksawery jest kilkadziesiąt
metrów przede mną. Zza zakrętu – i z ciemności – wyłaniają się
szczyty wulkanów. Oraz nieziemski tłum, zwieziony tu jakąś godzinę
przed nami, żeby marznąć, kupować szaliki, czapki i gorącą
herbatę. Sprzedawcy upierają się podobno, że „no tea, no sunrise”.
Uciekam z tarasu i zjeżdżam w dół po przeraźliwie  stromym zboczu,
błogosławiąc wibramowe podeszwy. Kilkadziesiąt metrów niżej,
wisząc na pokręconym krzaczku,  mam już wulkany tylko dla siebie.
Bromo dymi, Batok wygląda, a Semeru udaje, że go tam nie ma.
Złociste babki wrzucone do wielkiego talerza bitej śmietany. Komercja komercją – a jednak pięknie.

Słońce jest już dość wysoko, kiedy zjeżdżamy na dno kaldery. Wygląda zupełnie jak łąka między Komańczą a Duszatynem w
pewien sierpniowy poranek – z mleka wynurzają się tylko kępy trawy
i prowadzące we wszystkich kierunkach ślady kół. Gdzie wulkan,
gdzie miasteczko, gdzie kemping w Duszatynie? Z mgły wyłania się
świątynia i prawie pusty parking dla jeepów. Większość wycieczek
już się zwinęła, więc to my stajemy się głównym celem tubylców
oferujących podwiezienie pod wulkan konno. Odpieramy atak i idziemy na piechotę -  to
tylko kawałek pod górę, a potem zaczynają się schody. Naprawdę -
na krawędź dymiącego wulkanu prowadzą stopnie z kamiennymi balustradami. Dla mnie jednak schody zaczynają się już wcześniej
- w połowie podejścia jestem kompletnie wykończona, aż kręci mi
się w głowie. Wysokość? Nie, Bromo ma 2300 m n.p.m., co to za
wysokość… Mgła. Dopiero jak się rozwiała, można było poczuć, jak
mało tlenu było wcześniej w powietrzu.

Na krawędzi Bromo jest już całkiem pusto. Zaglądamy w paszczę
wulkanu, nie wygląda to szczególnie groźnie – wielki,
buchający parą czajnik. Na przejście dookoła krateru nie mamy już
czasu – a przynajmniej tak nam się wydaje, bo nie wiemy jeszcze,
że spóźnieni o ponad pół godziny, będziemy następne pół czekać na
naszego kierowcę. Schodząc w dół, mijamy procesję tubylców
niosących ofiary dla Bromo. Komercja komercją – a jednak lepiej nie drażnić wulkanu.

Bromo i koledzy. Lata temu, kiedy z braku funduszy jeździłam w góry
osobowymi z przesiadkami, a o lataniu na drugi koniec świata nawet mi
się nie śniło, zobaczyłam gdzieś to zdjęcie. Było mniej więcej tak
egzotyczne, jak widok ziemi z kosmosu – niby są ludzie, którzy to
widzieli, ale nawet nie wiadomo, czy to do końca prawda. A teraz, kiedy po raz kolejny zamiast schodów na piętro kupiliśmy bilety
lotnicze i obejrzeliśmy pocztówkę z Bromo we wszystkich witrynach
agencji turystycznych, wleczemy się w koszmarnym
upale po Yogyakarcie z plecakami, początkami udaru cieplnego i jasną perspektywą na horyzoncie
-
jutro cały dzień przesiedzimy w klimatyzowanym busie. Etos
backpakerski leży i kwiczy cichutko o tanich pokojach z wiatrakami i
rozklekotanych autobusach dla tubylców, ale dojazd do Bromo i Ijen lokalnym transportem zająłby za dużo czasu. Więc – jeden dzień w chłodzie!…

„Air-condition?” – dopominamy się po godzinie jazdy u
kierowcy. „Problem-problem”. Pewnie, że problem, bo sądząc z
wyglądu przełączników, nie działają już od miesięcy. I problem, bo przez cały dzień
leje i nie da się otworzyć okien. I problem, bo nawiew też prawie
nie działa. Sauna.


Im bliżej, tym więcej deszczu. Mieliśmy pomysł, żeby zostać pod
Bromo cały dzień i powłóczyć się z aparatem po okolicy, ale odpuszczamy, bo wtedy mocno skomplikowałby się nam dojazd do
kopalni siarki w Kawah Ijen. Nie będzie świtu nad wulkanem jutro,
to nie będzie wcale. A wszystko – nie tylko pogoda - zaczyna
wskazywać na to, że nie będzie.

„Pieniądze na jeepa poproszę” – to w miejscowej agencji, której
przekazuje nas kierowca. Obsługa jak z baśni braci Grimm – diaboliczny
karzeł i facet bez oka. Jeep ma nas zawieźć jutro, jeszcze po ciemku, na punkt
widokowy. „Zniżkę za brak klimy w busie poproszę” – odbijamy. Po
kilku minutach standardowego wykręcania kota ogonem następuje wykręcenie finalne – „Ok, jeep normalnie kosztuje 90 tysięcy, opuszczę wam 15″. Fantastycznie,
tylko że 75 tysięcy to normalna cena. „Taaaak?
Mogę się z wami założyć, że nie znajdziecie jeepa za 75″. Taaaak? A właśnie,
że znajdziemy!

Finał? – nie mamy jeepa za 75 tysięcy z agencji, a jutro o
czwartej rano musimy znaleźć jeepa za 75 tysięcy w miasteczku przy wulkanie. To cena za
osobę, w jeepie mieści się sześć. Zaryzykowały z nami dwie Słowenki, dwóch osób nam brakuje.
Hmm…

W środku nocy bus wiezie nas do miasteczka na brzegu kaldery, a z
nami kolejne dwie osoby, które dowiedziały się właśnie, że agencja
im nie zamówiła jeepa, bo skoro my nie bierzemy, to na dwójkę się
przecież nie opłaca. Mamy komplet, nie pada, niebo pełne gwiazd, na
parkingu czeka kilkanaście jeepów – cuuuudownie. Ale… „Nie można
wynająć – tylko przez agencję” – mruczą niewyraźnie kierowcy
wpatrując się w obuwie. Yyyy… Jak to nie można – w Indonezji???
Gdzie każdy ma przyjaciela, który ma to, czego akurat
potrzebujesz? Patrzymy ze Słowenkami na siebie i odzywa się w nas
duch minionej epoki. „Na pewno da się coś załatwić” -
mrugamy do tylnego rzędu. Chwila ciszy i ze skulonego na murku
koca dobiega cena. Wysoka. „Możemy zapłacić 75 tysięcy za osobę” -
próbuję ocalić resztki honoru, mimo że kolejne jeepy wyjeżdżają z
parkingu, a świt coraz bliżej. „Ok” – zgadza się szybko koc. Ha!

Długa droga serpentynami pod górę, robi się coraz jaśniej i…
korek. Ktoś zablokował drogę, ktoś próbuje zaparkować, ktoś się
wycofuje… Wyskakujemy z samochodu i zasuwamy dalej na piechotę -
zdążymy czy nie? To prawie równik, świt trwa tu jakieś 10 minut.
Na sobie mamy po pięć warstw ubrań – wszyscy uprzedzali, że będzie
koszmarnie zimno. Jest koszmarnie gorąco. Do końca drogi docieramy jednocześnie z naszym jeepem, bo korek
się w międzyczasie rozkorkował. Widać już dolinę – jest kompletnie
zasnuta chmurami. Przestaję się spieszyć.

cdn.

Merapi sam się doprosił o zaistnienie na blogu, trafiając z okazji swojego wybuchu do telewizji i na pierwsze strony internetowych portali. A było tak… 

Yogyakarta, w której zatrzymujemy się na kilka dni, leży 30 km od wulkanu. Niestety między Yogyą a wulkanem leżą chmury. Nie jakieś skłębione, malownicze, nisko wiszące chmurzyska – niebo wydaje się nawet niebieskie, tylko lekko zamglone, ale im dalej, tym bardziej świat nie istnieje. Nie lepiej jest w Borobudur – miasteczku z imponującą świątynią i pięknym widokiem na
Merapi. Podobno. Kiedy tam docieramy, po wulkanie nie ma śladu.

Następnego poranka stajemy przed wschodnim wejściem świątyni i dokładnie w tym momencie pojawiają się
na niej pierwsze promienie słońca. Oglądam się przez ramię, a geny jakiegoś prehistorycznego przodka, który czcił bóstwo w wulkanie, kopią mnie w żołądek.
Na samym środku wczorajszego niczego pojawia się równy wulkaniczny trójkąt. ON. Merapi. Jawajskie Oko Opatrzności.

merapi

merapi

merapi

Dziesięć minut później jest już po wszystkim. Słońce pnie się błyskawicznie do góry, mgła zasnuwa niebo, wulkan znika, na ostatni taras świątyni docierają pierwsi turyści, na których patrzymy trochę ze współczuciem,
a trochę z wyższością – „Nie widzieli!”

merapi

Czasem lepiej zobaczyć mniej, niż więcej.

Z
mojej zamierzonej niepokolejności wynikła jedna rzecz
niezamierzona: jako pierwszy – i na razie jedyny – pojawił się
wulkan, który wzbudził w nas najmniej emocji. A przecież po
wulkany właśnie przeleciałam pół świata.
Pierwsze
oglądam przyklejona nosem do szyby samolotu Mandala Air lecącego o
świcie nad Jawą. DYMIĄ. Z góry wyglądają jak takie trochę
bardziej nierówne chłodnie kominowe. Potem, już z ziemi, jest
Merapi (którego prawie nie ma), Bromo i Batok (które zdecydowanie
są), Semeru (którego zdecydowanie nie ma) i Agung (o którym już
było, ale jego nie było). O nich wszystkich później. Pierwszy
pojawi się Kawah Ijen – bo należy mu się. Było już o raju –
teraz schodzimy do przedsionka piekieł.

ijen

Z
braku czasu do Ijen docieramy agencyjnym busem. Dzień wcześniej
dajemy się orżnąć w hotelu na plantacji kawy – do tej pory
byliśmy czujni, ale jesteśmy na nogach od trzeciej rano, a cwaniak
lokalny przychodzi z wydrukowanymi biletami późnym wieczorem.
Otwieramy, odbieramy, płacimy, zasypiamy. Rano dociera do nas, że w
lokalnej grze Kto Kogo Przechytrzy chyba tym razem 1:0 dla nich. I
mamy rację – szlaban na drodze otwiera się za dyskretnie wręczone
dwa jajka, pobrane przez kierowcę z pozostałości naszego
śniadania.

Wysiadamy
u stóp wulkanu – brzmi dumnie, a nie wygląda. Drewniane budki,
ścieżka, las, górka – zupełnie jak w Bieszczadach, tylko
niektóre rośliny takie bardziej z kwiaciarni. Przy ścieżce
przycupnęły kosze z siarką, stroszą żółte skrzydła – jak
płaty zastygniętej pianki poliuretanowej. Ważą trochę więcej
niż pianka, jakieś 80 kg każdy. Wynoszą je z dna krateru – 200 m
pionowo do góry, potem 4 km w dół – mężczyźni ważący
zdecydowanie mniej.

ijen

Na
krawędzi – 2368 m n.p.m. Z dna krateru wali słup dymu, między
skałami widać małe figurki ze skrzydlatymi koszami. Pięknego
szmaragdowego jeziora prawie nie widać – dym. Wnętrze krateru
zaskakujące – rumowisko jasnych skał o ostrych krawędziach,
pomiędzy nimi wąska ścieżka w dół. Schodzimy.

ijen

ijen

Na
brzegu jeziora , którego nadal nie widać, rozłożyła się mała …
hmm… kopalnia? („górnik” – człowiek pracujący w środku góry
– jeszcze pasuje, ale nikt tu niczego nie kopie). Wylatujące z
wulkanu gazy przepuszczane są przez ceramiczne rury, w których
kondensuje się siarka – wypływa czerwonymi strugami, stygnąc
zestala się i żółknie. W dymie uwijają się postacie z twarzami
owiniętymi szmatami, odłupując i wynosząc ciężkie żółte
płaty. Pokazują, że możemy popatrzeć z bliska.

ijen

ijen

Podchodzę
do „beczki”, pod którą zestala się siarka. Słup dymu bije
pionowo do góry, powietrza mało, ale przez mokrą chustkę da się
oddychać. Pracujący tam górnik wyciąga w moją stronę ładny,
jeszcze nie do końca zastygnięty kawałek. „No rupias” – mówię.
Nie chcę kupować. Uśmiecha się i wkłada mi ciepłą jeszcze
siarkę w dłonie – ma kolor żółtka, które nie ugotowało się do
końca na twardo. Chwilę później świat wybucha.

ijen

Kłęby
brudnożółtego dymu są teraz wszędzie. Czas zwalnia i szatkuje
się na urywane obrazy i dźwięki. Szarpię się biegiem w bok, woda
– jezioro. W drugą stronę – skała. I dym, wszędzie dym. Łzy
z oczu, wizg nabieranego do płuc, zupełnie bez udziału woli,
powietrza. Gdzie tam powietrza! – dymu, tylko dymu. Panika –
uduszę się! Krok, drugi, trzeci – znów pełne płuca dymu -
czwarty – but ześlizgujący się po kamieniu – przewrócę się –
wszystko jedno, przecież już wszystko jedno, bo wszędzie tylko dym
- moja dłoń – czyjaś dłoń – „up, up, up!”, krzyczy dym.
Ktoś. Górnicy. Dłoń łapie mnie za nadgarstek, ciągnie, za
dłonią dym. Płuca już nie walczą, równomierny łomot, jak na
filmach – puls czy…– mostek, buty po drewnianym mostku – idę,
chyba wciąż idę – wszystko owija brudnożółta wata.

ijen

Muszę
przestać się śmiać, koniecznie muszę przestać, bo trzeba
oddychać. Powietrze! Dym wali bokiem, a w tym jednym miejscu, gdzie
ustawili swoje maszyny – no przecież musieli wiedzieć, gdzie –
powietrze! Atak kaszlu zgina mnie wpół. „Water! water!”-
krzyczą górnicy. Piję. Lepiej.

ijen

ijen

Reszta
jak przez mgłę. Wracamy na górę, ciężko oddychać – w płucach
siedzi coś paskudnego. Robię jakieś zdjęcia. Widać przez chwilę
jezioro. Żółty tuman co jakiś czas zakręca, omiata nas na
ścieżce, „dym! dym! dym!” – dzwoni jak oszalała adrenalina.
Krawędź krateru, szopa, gdzie górnicy ważą kosze, droga w dół
przez las. Pochylam się, żeby zawiązać sznurowadło. Z kieszeni
bojówek wypada zimny już siarkowy sopel i roztrzaskuje się na
drobne kawałki.

ijen

Więcej zdjęć na szufladazobrazkami.pl


  • RSS