Właściwie
to chcieliśmy na Flores. Góry, wioski, misjonarze, mało turystów
– brzmiało dobrze. Albo na Sumatrę. Orangutany. Dżungla.
ORANGUTANY. Ale…. Wszystko rozbijało się o to, że mając dwa
tygodnie na Jawę plus coś, na Flores musielibyśmy polecieć, na
miejscu wynająć jeepa z kierowcą i w połowie wyspy zawrócić,
żeby zdążyć na samolot. Drogo i bez sensu. Flores i Sumatra
zostały odłożone na mityczny „następny raz” a my
postanowiliśmy oswoić Bali. Wulkany – są. Świątynie – są.
Przyroda – jest. Hordy turystów za ciężką kasę i fama głównej
imprezowni Indonezji – jest. Wyzwanie też jest – znalezienie
klimatu.

ubud4

Na bazę do zwiedzania wyspy wybraliśmy Ubud. Nie leży nad morzem, więc jest tu mniej turystów, poza tym jest piękne, artystyczne i tańsze – wyczytałam. NIE W SIERPNIU. Wysiadamy na głównej ulicy – Monkey Forest Road. Późnym wieczorem, przeraźliwie zmęczeni, głodni i brudni. Tego samego dnia rano próbował udusić nas wulkan, a tu świecą wystawy sklepów z ekskluzywnymi markami, w restauracjach setki turystów, a wzdłuż wąskich chodników – rzędy naganiaczy. „Transport!” – facet podstawia mi pod nos zalaminowany kartonik z wydrukowanym TAXI. „No-no” to już odruch. Uśmiecha się i odwraca kartkę. MAYBE TOMORROW? – czytam. „Room!”, „taxi!”, „room!”, „transport!”, „room!” – rozlega się co pół metra. Sprawdzamy dwa zapisane jeszcze w Polsce adresy, ceny trzy razy wyższe niż w moich notatkach. Dramat. Przenocujemy tu, a potem podpinamy się do internetu i szukamy, gdzie uciekać. „Nie lubię Ubud” – ogłaszam wszem i wobec.

Ono mnie też nie. Chwilę później trafiam stopą w kawałek wystającego z chodnika żelastwa. Krew leje się strumieniami, o chodzeniu po miasteczku i szukaniu sensownego noclegu nie ma co myśleć, instalujemy się na Monkey Forest Road. W bungalowach zbudowanych na dachu innego budynku. Po prostu – na płaskim betonowym stropie ktoś postawił domy z werandami. Do tego rośliny w donicach, basen… I wystające słupy z prętami zbrojeniowymi.

Następnego dnia, po zejściu z Monkey Forest Road, Ubud zaczyna wyglądać zdecydowanie bardziej przyjaźnie. Tylko wyglądać. Tym razem obłamana płyta chodnikowa i druga strona stopy, krew leje się strumieniami itp., itd. O planowanej wspinaczce na wulkan mogę zapomnieć – jedyne, w czym mogę chodzić to sandały. Znajdujemy tańszy nocleg, stwierdzamy, że nie ma co panikować i postanawiamy pojeździć bo
Bali skuterem.

„Helooouuuu!!!
Where are you goiiiiiing today?” – to nasz gospodarz, codziennie
rano. Balijczycy w ramach wymieniania uprzejmości nie pytają, jak
się czujesz. Człowiek szczęśliwy musi mieć miejsce, z którego
wyrusza i miejsce, do którego idzie. Jeśli nie wie dokąd idzie, to
nie ma sensu pytać, jak się czuje – nie może być dobrze.
„Zastanowimy się przy śniadaniu” – gospodarz ma łzy w oczach,
czujemy jak całe Ubud wstrzymuje oddech – „ale
najprawdopodobniej Pura Besakih” – ulga, szczęście, kamień z
serca, Ubud spokojnie wraca do rozstawiania koszyczków z ofiarami
wszędzie tam, gdzie najłatwiej się na nich poślizgnąć. „A
czym jedziecie?” „Skuterem”. „Macie skuter?” „Jeszcze
nie”. Ups, błąd. POTRZEBUJEMY CZEGOŚ. A skoro potrzebujemy, to
trzeba poruszyć niebo, ziemię i wszystkich swoich przyjaciół,
żeby nam to dostarczyć. To nic, że 50 metrów od nas jest
wypożyczalnia. Mamy czekać, skuter zaraz będzie. Po 10 minutach
jest. Za mały, nie zmieścimy się na nim we dwójkę z plecakami.
Ale to nic, inny przyjaciel ma większy. Czekamy kolejne 10 minut,
przyjeżdża taki sam. Ale trzeci przyjaciel… Uciekamy do
wypożyczalni i po chwili wyruszamy Czarną Strzałą w kierunku
wschodzącego słońca. A właściwie na północ, bo pomyliliśmy
drogi. Co okazało się tylko pierwszą z atrakcji czekających nas
tego dnia…

c.d.n.

ubud

 

PS. Nie zrobiłam żadnego zdjęcia na Monkey Forest Road. Zauważyłam to dopiero szukając zdjęć do tego wpisu :)