Z
mojej zamierzonej niepokolejności wynikła jedna rzecz
niezamierzona: jako pierwszy – i na razie jedyny – pojawił się
wulkan, który wzbudził w nas najmniej emocji. A przecież po
wulkany właśnie przeleciałam pół świata.
Pierwsze
oglądam przyklejona nosem do szyby samolotu Mandala Air lecącego o
świcie nad Jawą. DYMIĄ. Z góry wyglądają jak takie trochę
bardziej nierówne chłodnie kominowe. Potem, już z ziemi, jest
Merapi (którego prawie nie ma), Bromo i Batok (które zdecydowanie
są), Semeru (którego zdecydowanie nie ma) i Agung (o którym już
było, ale jego nie było). O nich wszystkich później. Pierwszy
pojawi się Kawah Ijen – bo należy mu się. Było już o raju –
teraz schodzimy do przedsionka piekieł.

ijen

Z
braku czasu do Ijen docieramy agencyjnym busem. Dzień wcześniej
dajemy się orżnąć w hotelu na plantacji kawy – do tej pory
byliśmy czujni, ale jesteśmy na nogach od trzeciej rano, a cwaniak
lokalny przychodzi z wydrukowanymi biletami późnym wieczorem.
Otwieramy, odbieramy, płacimy, zasypiamy. Rano dociera do nas, że w
lokalnej grze Kto Kogo Przechytrzy chyba tym razem 1:0 dla nich. I
mamy rację – szlaban na drodze otwiera się za dyskretnie wręczone
dwa jajka, pobrane przez kierowcę z pozostałości naszego
śniadania.

Wysiadamy
u stóp wulkanu – brzmi dumnie, a nie wygląda. Drewniane budki,
ścieżka, las, górka – zupełnie jak w Bieszczadach, tylko
niektóre rośliny takie bardziej z kwiaciarni. Przy ścieżce
przycupnęły kosze z siarką, stroszą żółte skrzydła – jak
płaty zastygniętej pianki poliuretanowej. Ważą trochę więcej
niż pianka, jakieś 80 kg każdy. Wynoszą je z dna krateru – 200 m
pionowo do góry, potem 4 km w dół – mężczyźni ważący
zdecydowanie mniej.

ijen

Na
krawędzi – 2368 m n.p.m. Z dna krateru wali słup dymu, między
skałami widać małe figurki ze skrzydlatymi koszami. Pięknego
szmaragdowego jeziora prawie nie widać – dym. Wnętrze krateru
zaskakujące – rumowisko jasnych skał o ostrych krawędziach,
pomiędzy nimi wąska ścieżka w dół. Schodzimy.

ijen

ijen

Na
brzegu jeziora , którego nadal nie widać, rozłożyła się mała …
hmm… kopalnia? („górnik” – człowiek pracujący w środku góry
– jeszcze pasuje, ale nikt tu niczego nie kopie). Wylatujące z
wulkanu gazy przepuszczane są przez ceramiczne rury, w których
kondensuje się siarka – wypływa czerwonymi strugami, stygnąc
zestala się i żółknie. W dymie uwijają się postacie z twarzami
owiniętymi szmatami, odłupując i wynosząc ciężkie żółte
płaty. Pokazują, że możemy popatrzeć z bliska.

ijen

ijen

Podchodzę
do „beczki”, pod którą zestala się siarka. Słup dymu bije
pionowo do góry, powietrza mało, ale przez mokrą chustkę da się
oddychać. Pracujący tam górnik wyciąga w moją stronę ładny,
jeszcze nie do końca zastygnięty kawałek. „No rupias” – mówię.
Nie chcę kupować. Uśmiecha się i wkłada mi ciepłą jeszcze
siarkę w dłonie – ma kolor żółtka, które nie ugotowało się do
końca na twardo. Chwilę później świat wybucha.

ijen

Kłęby
brudnożółtego dymu są teraz wszędzie. Czas zwalnia i szatkuje
się na urywane obrazy i dźwięki. Szarpię się biegiem w bok, woda
– jezioro. W drugą stronę – skała. I dym, wszędzie dym. Łzy
z oczu, wizg nabieranego do płuc, zupełnie bez udziału woli,
powietrza. Gdzie tam powietrza! – dymu, tylko dymu. Panika –
uduszę się! Krok, drugi, trzeci – znów pełne płuca dymu -
czwarty – but ześlizgujący się po kamieniu – przewrócę się –
wszystko jedno, przecież już wszystko jedno, bo wszędzie tylko dym
- moja dłoń – czyjaś dłoń – „up, up, up!”, krzyczy dym.
Ktoś. Górnicy. Dłoń łapie mnie za nadgarstek, ciągnie, za
dłonią dym. Płuca już nie walczą, równomierny łomot, jak na
filmach – puls czy…– mostek, buty po drewnianym mostku – idę,
chyba wciąż idę – wszystko owija brudnożółta wata.

ijen

Muszę
przestać się śmiać, koniecznie muszę przestać, bo trzeba
oddychać. Powietrze! Dym wali bokiem, a w tym jednym miejscu, gdzie
ustawili swoje maszyny – no przecież musieli wiedzieć, gdzie –
powietrze! Atak kaszlu zgina mnie wpół. „Water! water!”-
krzyczą górnicy. Piję. Lepiej.

ijen

ijen

Reszta
jak przez mgłę. Wracamy na górę, ciężko oddychać – w płucach
siedzi coś paskudnego. Robię jakieś zdjęcia. Widać przez chwilę
jezioro. Żółty tuman co jakiś czas zakręca, omiata nas na
ścieżce, „dym! dym! dym!” – dzwoni jak oszalała adrenalina.
Krawędź krateru, szopa, gdzie górnicy ważą kosze, droga w dół
przez las. Pochylam się, żeby zawiązać sznurowadło. Z kieszeni
bojówek wypada zimny już siarkowy sopel i roztrzaskuje się na
drobne kawałki.

ijen

Więcej zdjęć na szufladazobrazkami.pl