fotoexplorer blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: indonezja

(cd. notki 3)

„Wiesz co? Chyba Ci się spodoba!” – Ksawery jest kilkadziesiąt
metrów przede mną. Zza zakrętu – i z ciemności – wyłaniają się
szczyty wulkanów. Oraz nieziemski tłum, zwieziony tu jakąś godzinę
przed nami, żeby marznąć, kupować szaliki, czapki i gorącą
herbatę. Sprzedawcy upierają się podobno, że „no tea, no sunrise”.
Uciekam z tarasu i zjeżdżam w dół po przeraźliwie  stromym zboczu,
błogosławiąc wibramowe podeszwy. Kilkadziesiąt metrów niżej,
wisząc na pokręconym krzaczku,  mam już wulkany tylko dla siebie.
Bromo dymi, Batok wygląda, a Semeru udaje, że go tam nie ma.
Złociste babki wrzucone do wielkiego talerza bitej śmietany. Komercja komercją – a jednak pięknie.

Słońce jest już dość wysoko, kiedy zjeżdżamy na dno kaldery. Wygląda zupełnie jak łąka między Komańczą a Duszatynem w
pewien sierpniowy poranek – z mleka wynurzają się tylko kępy trawy
i prowadzące we wszystkich kierunkach ślady kół. Gdzie wulkan,
gdzie miasteczko, gdzie kemping w Duszatynie? Z mgły wyłania się
świątynia i prawie pusty parking dla jeepów. Większość wycieczek
już się zwinęła, więc to my stajemy się głównym celem tubylców
oferujących podwiezienie pod wulkan konno. Odpieramy atak i idziemy na piechotę -  to
tylko kawałek pod górę, a potem zaczynają się schody. Naprawdę -
na krawędź dymiącego wulkanu prowadzą stopnie z kamiennymi balustradami. Dla mnie jednak schody zaczynają się już wcześniej
- w połowie podejścia jestem kompletnie wykończona, aż kręci mi
się w głowie. Wysokość? Nie, Bromo ma 2300 m n.p.m., co to za
wysokość… Mgła. Dopiero jak się rozwiała, można było poczuć, jak
mało tlenu było wcześniej w powietrzu.

Na krawędzi Bromo jest już całkiem pusto. Zaglądamy w paszczę
wulkanu, nie wygląda to szczególnie groźnie – wielki,
buchający parą czajnik. Na przejście dookoła krateru nie mamy już
czasu – a przynajmniej tak nam się wydaje, bo nie wiemy jeszcze,
że spóźnieni o ponad pół godziny, będziemy następne pół czekać na
naszego kierowcę. Schodząc w dół, mijamy procesję tubylców
niosących ofiary dla Bromo. Komercja komercją – a jednak lepiej nie drażnić wulkanu.

Bromo i koledzy. Lata temu, kiedy z braku funduszy jeździłam w góry
osobowymi z przesiadkami, a o lataniu na drugi koniec świata nawet mi
się nie śniło, zobaczyłam gdzieś to zdjęcie. Było mniej więcej tak
egzotyczne, jak widok ziemi z kosmosu – niby są ludzie, którzy to
widzieli, ale nawet nie wiadomo, czy to do końca prawda. A teraz, kiedy po raz kolejny zamiast schodów na piętro kupiliśmy bilety
lotnicze i obejrzeliśmy pocztówkę z Bromo we wszystkich witrynach
agencji turystycznych, wleczemy się w koszmarnym
upale po Yogyakarcie z plecakami, początkami udaru cieplnego i jasną perspektywą na horyzoncie
-
jutro cały dzień przesiedzimy w klimatyzowanym busie. Etos
backpakerski leży i kwiczy cichutko o tanich pokojach z wiatrakami i
rozklekotanych autobusach dla tubylców, ale dojazd do Bromo i Ijen lokalnym transportem zająłby za dużo czasu. Więc – jeden dzień w chłodzie!…

„Air-condition?” – dopominamy się po godzinie jazdy u
kierowcy. „Problem-problem”. Pewnie, że problem, bo sądząc z
wyglądu przełączników, nie działają już od miesięcy. I problem, bo przez cały dzień
leje i nie da się otworzyć okien. I problem, bo nawiew też prawie
nie działa. Sauna.


Im bliżej, tym więcej deszczu. Mieliśmy pomysł, żeby zostać pod
Bromo cały dzień i powłóczyć się z aparatem po okolicy, ale odpuszczamy, bo wtedy mocno skomplikowałby się nam dojazd do
kopalni siarki w Kawah Ijen. Nie będzie świtu nad wulkanem jutro,
to nie będzie wcale. A wszystko – nie tylko pogoda - zaczyna
wskazywać na to, że nie będzie.

„Pieniądze na jeepa poproszę” – to w miejscowej agencji, której
przekazuje nas kierowca. Obsługa jak z baśni braci Grimm – diaboliczny
karzeł i facet bez oka. Jeep ma nas zawieźć jutro, jeszcze po ciemku, na punkt
widokowy. „Zniżkę za brak klimy w busie poproszę” – odbijamy. Po
kilku minutach standardowego wykręcania kota ogonem następuje wykręcenie finalne – „Ok, jeep normalnie kosztuje 90 tysięcy, opuszczę wam 15″. Fantastycznie,
tylko że 75 tysięcy to normalna cena. „Taaaak?
Mogę się z wami założyć, że nie znajdziecie jeepa za 75″. Taaaak? A właśnie,
że znajdziemy!

Finał? – nie mamy jeepa za 75 tysięcy z agencji, a jutro o
czwartej rano musimy znaleźć jeepa za 75 tysięcy w miasteczku przy wulkanie. To cena za
osobę, w jeepie mieści się sześć. Zaryzykowały z nami dwie Słowenki, dwóch osób nam brakuje.
Hmm…

W środku nocy bus wiezie nas do miasteczka na brzegu kaldery, a z
nami kolejne dwie osoby, które dowiedziały się właśnie, że agencja
im nie zamówiła jeepa, bo skoro my nie bierzemy, to na dwójkę się
przecież nie opłaca. Mamy komplet, nie pada, niebo pełne gwiazd, na
parkingu czeka kilkanaście jeepów – cuuuudownie. Ale… „Nie można
wynająć – tylko przez agencję” – mruczą niewyraźnie kierowcy
wpatrując się w obuwie. Yyyy… Jak to nie można – w Indonezji???
Gdzie każdy ma przyjaciela, który ma to, czego akurat
potrzebujesz? Patrzymy ze Słowenkami na siebie i odzywa się w nas
duch minionej epoki. „Na pewno da się coś załatwić” -
mrugamy do tylnego rzędu. Chwila ciszy i ze skulonego na murku
koca dobiega cena. Wysoka. „Możemy zapłacić 75 tysięcy za osobę” -
próbuję ocalić resztki honoru, mimo że kolejne jeepy wyjeżdżają z
parkingu, a świt coraz bliżej. „Ok” – zgadza się szybko koc. Ha!

Długa droga serpentynami pod górę, robi się coraz jaśniej i…
korek. Ktoś zablokował drogę, ktoś próbuje zaparkować, ktoś się
wycofuje… Wyskakujemy z samochodu i zasuwamy dalej na piechotę -
zdążymy czy nie? To prawie równik, świt trwa tu jakieś 10 minut.
Na sobie mamy po pięć warstw ubrań – wszyscy uprzedzali, że będzie
koszmarnie zimno. Jest koszmarnie gorąco. Do końca drogi docieramy jednocześnie z naszym jeepem, bo korek
się w międzyczasie rozkorkował. Widać już dolinę – jest kompletnie
zasnuta chmurami. Przestaję się spieszyć.

cdn.

Z okazji okazji między wulkany wciskam indonezyjski 11 listopada, czyli 17
sierpnia.

To nasz pierwszy dzień w Indonezji. Docieramy porannym samolotem do
Yogyakarty i od razu okazuje się, że nie jest tak, jak nam się wydawało, czyli że
w jeden dzień zwiedzimy miasto, w którym będą się dziać
rzeczy ciekawsze niż zwykle i jutro wyruszymy dalej.
Tymczasem dowiadujemy się, że rzeczy ciekawsze będą wieczorem, natomiast w
ciągu dnia pozamykane jest wszystko, co państwowe – muzea,
pałace, teatr cieni, informacja turystyczna, okoliczne świątynie…

Trochę zirytowani snujemy się po udekorowanym biało i czerwono (a
właściwie czerwono i biało, bo tu wszystko odwrotnie) mieście, 
uczymy przechodzić przez ulicę, nie dajemy naciągnąć batikowym naciągaczom
(„specjalna wystawa uczniów szkół artystycznych z okazji
Dnia Niepodległości, prawdziwa okazja!”) i przyglądamy przygotowaniom. Na
ogromnym klepisku przed pałacem sułtana buduje się wielka scena. Na drugiej, trochę mniejszej, trwa próba pseudorockowego zespołu.

Tuż obok
rozkręca się karuzela, rozstawiają stragany i powstaje
atrakcja wieczoru – mały zagajnik wysmarowanych zużytym olejem słupów.

Najpierw jednak parada przed Muzeum Wojska. Ale nie jak u nas – ulicą, na
placu, przed oczami szerokiej publiczności.
Tu publicznością są siedzący na tarasie muzeum oficjele, a reszta
obywateli, stłoczona przed otworami w murze,
ogląda całe widowisko z daleka i od tyłu. Obchody jak to obchody mają
lepsze i gorsze momenty, tym lepszym jest pokaz lotników.
Nie żeby zaraz samolotami – na piechotę. Orkiestra wojskowa z cymbałkami,
prowadzony przez wielkie ptaki
oddział bębniarzy w pomarańczowych kombinezonach i maskach tlenowych, wybijający rytm jak z karnawału w Rio, tamburmajorzy robiący szpagaty i skaczący po piramidach z bębnów… 

Zaszło słońce – koniec ramadanowego postu, wzdłuż krawężników rozstawiają się podręczne grille i garkuchnie. Idziemy na plac, a tam jak w amerykańskich filmach – tysiące nastolatków (chociaż oni wyglądają jak nastolatkowie jakoś tak
do trzydziestki) w bluzach, czarnych skórzanych kurtkach,
z wyżelowanymi włosami, namiastka wesołego miasteczka, muzyka, tylko
zamiast samochodów – morze skuterów.
Ludzie siedzą na ogrodzeniach, dachach ciężarówek, niektórzy przynieśli
swoje gitary (w ogłoszeniach kolekcjonerskich pojawia się
czasem stwierdzenie „nigdy nie wyjmowane w pudełka”, indonezyjscy chłopcy
z gitarami powinni pisać „oryginalne struny, nigdy nie strojone”).

Półnadzy mężczyźni wspinają się – a właściwie głównie ześlizgują – po
słupach, usiłując dotrzeć do dyndających na czubku pudełek.

A wszystko miałoby klimat wprost fantastyczny,
gdyby nie trwająca na scenie wielka telewizyjna pompa w stylu festiwalu w
Opolu. Ewakuujemy się i kończymy dzień późnym obiadem, gdzie niespodziewanie
trafiamy na zupełnie inną ścieżkę dźwiękową. Wpadają z ulicy – dużo ludzi, dużo
instrumentów,
jeszcze więcej entuzjazmu.  Są, jacy są. Ale jakoś nam z nimi dobrze :)

Merapi sam się doprosił o zaistnienie na blogu, trafiając z okazji swojego wybuchu do telewizji i na pierwsze strony internetowych portali. A było tak… 

Yogyakarta, w której zatrzymujemy się na kilka dni, leży 30 km od wulkanu. Niestety między Yogyą a wulkanem leżą chmury. Nie jakieś skłębione, malownicze, nisko wiszące chmurzyska – niebo wydaje się nawet niebieskie, tylko lekko zamglone, ale im dalej, tym bardziej świat nie istnieje. Nie lepiej jest w Borobudur – miasteczku z imponującą świątynią i pięknym widokiem na
Merapi. Podobno. Kiedy tam docieramy, po wulkanie nie ma śladu.

Następnego poranka stajemy przed wschodnim wejściem świątyni i dokładnie w tym momencie pojawiają się
na niej pierwsze promienie słońca. Oglądam się przez ramię, a geny jakiegoś prehistorycznego przodka, który czcił bóstwo w wulkanie, kopią mnie w żołądek.
Na samym środku wczorajszego niczego pojawia się równy wulkaniczny trójkąt. ON. Merapi. Jawajskie Oko Opatrzności.

merapi

merapi

merapi

Dziesięć minut później jest już po wszystkim. Słońce pnie się błyskawicznie do góry, mgła zasnuwa niebo, wulkan znika, na ostatni taras świątyni docierają pierwsi turyści, na których patrzymy trochę ze współczuciem,
a trochę z wyższością – „Nie widzieli!”

merapi

Czasem lepiej zobaczyć mniej, niż więcej.

Z
mojej zamierzonej niepokolejności wynikła jedna rzecz
niezamierzona: jako pierwszy – i na razie jedyny – pojawił się
wulkan, który wzbudził w nas najmniej emocji. A przecież po
wulkany właśnie przeleciałam pół świata.
Pierwsze
oglądam przyklejona nosem do szyby samolotu Mandala Air lecącego o
świcie nad Jawą. DYMIĄ. Z góry wyglądają jak takie trochę
bardziej nierówne chłodnie kominowe. Potem, już z ziemi, jest
Merapi (którego prawie nie ma), Bromo i Batok (które zdecydowanie
są), Semeru (którego zdecydowanie nie ma) i Agung (o którym już
było, ale jego nie było). O nich wszystkich później. Pierwszy
pojawi się Kawah Ijen – bo należy mu się. Było już o raju –
teraz schodzimy do przedsionka piekieł.

ijen

Z
braku czasu do Ijen docieramy agencyjnym busem. Dzień wcześniej
dajemy się orżnąć w hotelu na plantacji kawy – do tej pory
byliśmy czujni, ale jesteśmy na nogach od trzeciej rano, a cwaniak
lokalny przychodzi z wydrukowanymi biletami późnym wieczorem.
Otwieramy, odbieramy, płacimy, zasypiamy. Rano dociera do nas, że w
lokalnej grze Kto Kogo Przechytrzy chyba tym razem 1:0 dla nich. I
mamy rację – szlaban na drodze otwiera się za dyskretnie wręczone
dwa jajka, pobrane przez kierowcę z pozostałości naszego
śniadania.

Wysiadamy
u stóp wulkanu – brzmi dumnie, a nie wygląda. Drewniane budki,
ścieżka, las, górka – zupełnie jak w Bieszczadach, tylko
niektóre rośliny takie bardziej z kwiaciarni. Przy ścieżce
przycupnęły kosze z siarką, stroszą żółte skrzydła – jak
płaty zastygniętej pianki poliuretanowej. Ważą trochę więcej
niż pianka, jakieś 80 kg każdy. Wynoszą je z dna krateru – 200 m
pionowo do góry, potem 4 km w dół – mężczyźni ważący
zdecydowanie mniej.

ijen

Na
krawędzi – 2368 m n.p.m. Z dna krateru wali słup dymu, między
skałami widać małe figurki ze skrzydlatymi koszami. Pięknego
szmaragdowego jeziora prawie nie widać – dym. Wnętrze krateru
zaskakujące – rumowisko jasnych skał o ostrych krawędziach,
pomiędzy nimi wąska ścieżka w dół. Schodzimy.

ijen

ijen

Na
brzegu jeziora , którego nadal nie widać, rozłożyła się mała …
hmm… kopalnia? („górnik” – człowiek pracujący w środku góry
– jeszcze pasuje, ale nikt tu niczego nie kopie). Wylatujące z
wulkanu gazy przepuszczane są przez ceramiczne rury, w których
kondensuje się siarka – wypływa czerwonymi strugami, stygnąc
zestala się i żółknie. W dymie uwijają się postacie z twarzami
owiniętymi szmatami, odłupując i wynosząc ciężkie żółte
płaty. Pokazują, że możemy popatrzeć z bliska.

ijen

ijen

Podchodzę
do „beczki”, pod którą zestala się siarka. Słup dymu bije
pionowo do góry, powietrza mało, ale przez mokrą chustkę da się
oddychać. Pracujący tam górnik wyciąga w moją stronę ładny,
jeszcze nie do końca zastygnięty kawałek. „No rupias” – mówię.
Nie chcę kupować. Uśmiecha się i wkłada mi ciepłą jeszcze
siarkę w dłonie – ma kolor żółtka, które nie ugotowało się do
końca na twardo. Chwilę później świat wybucha.

ijen

Kłęby
brudnożółtego dymu są teraz wszędzie. Czas zwalnia i szatkuje
się na urywane obrazy i dźwięki. Szarpię się biegiem w bok, woda
– jezioro. W drugą stronę – skała. I dym, wszędzie dym. Łzy
z oczu, wizg nabieranego do płuc, zupełnie bez udziału woli,
powietrza. Gdzie tam powietrza! – dymu, tylko dymu. Panika –
uduszę się! Krok, drugi, trzeci – znów pełne płuca dymu -
czwarty – but ześlizgujący się po kamieniu – przewrócę się –
wszystko jedno, przecież już wszystko jedno, bo wszędzie tylko dym
- moja dłoń – czyjaś dłoń – „up, up, up!”, krzyczy dym.
Ktoś. Górnicy. Dłoń łapie mnie za nadgarstek, ciągnie, za
dłonią dym. Płuca już nie walczą, równomierny łomot, jak na
filmach – puls czy…– mostek, buty po drewnianym mostku – idę,
chyba wciąż idę – wszystko owija brudnożółta wata.

ijen

Muszę
przestać się śmiać, koniecznie muszę przestać, bo trzeba
oddychać. Powietrze! Dym wali bokiem, a w tym jednym miejscu, gdzie
ustawili swoje maszyny – no przecież musieli wiedzieć, gdzie –
powietrze! Atak kaszlu zgina mnie wpół. „Water! water!”-
krzyczą górnicy. Piję. Lepiej.

ijen

ijen

Reszta
jak przez mgłę. Wracamy na górę, ciężko oddychać – w płucach
siedzi coś paskudnego. Robię jakieś zdjęcia. Widać przez chwilę
jezioro. Żółty tuman co jakiś czas zakręca, omiata nas na
ścieżce, „dym! dym! dym!” – dzwoni jak oszalała adrenalina.
Krawędź krateru, szopa, gdzie górnicy ważą kosze, droga w dół
przez las. Pochylam się, żeby zawiązać sznurowadło. Z kieszeni
bojówek wypada zimny już siarkowy sopel i roztrzaskuje się na
drobne kawałki.

ijen

Więcej zdjęć na szufladazobrazkami.pl

skuteriada – cz.2

Brak komentarzy

Poranek
następnego dnia. Uznajemy (po konsultacji ze strategicznymi
częściami ciała), że hasło „trzeba mieć ambicję”
zrealizowaliśmy wczoraj z nawiązką. Plan na dziś to: śniadanie
na tarasie, KRÓTKA przejażdżka, a wieczorem kultura – balijskie
tańce. W przewodniku znajdujemy intrygujące miejsce 20 km od Ubud –
odległość wymarzona na nasze dzisiejsze możliwości.

Jedziemy. Z
jechaniem w Indonezji jest tak: generalnie lewą. Ale na przykład
skręcając skuterem w prawo (czyli przecinając pas ruchu, bo tu
wszystko odwrotnie) należy pojechać kawałek pod prąd skrajem
prawego pasa i wypatrzywszy umowną przerwę między pojazdami,
łagodnym skosem (cały czas pod prąd) włączyć się do ruchu na
pasie lewym. Pożądane jest, żeby osoby jadące pasem prawym
zniosły to ze stoickim spokojem. Indonezyjczycy znoszą.
Wyprzedzanie: skutery wyprzedzają się nawzajem jak chcą, gdzie
chcą i którędy chcą. Po zauważeniu innego pojazdu dwa centymetry
od siebie – nie panikować. Indonezyjczycy nie panikują. Samochody
ustępują tylko większym (czyli nie skuterom), tak samo przy
wyprzedzaniu. Po zauważeniu samochodu jadącego na czołówkę, nie
trąbić, nie błyskać, ustąpić – bo on nie ustąpi. Na drodze,
niezależnie od jej szerokości, ZAWSZE jest wystarczająco dużo
miejsca, żeby zmieściły się dwa samochody i skuter. Przynajmniej
tak uważają Indonezyjczycy. Przed wyprzedzaniem trąbić – nikt
nie patrzy w lusterka i może na przykład dokładnie w tym samym
momencie zechcieć skręcić. Bez kierunkowskazu oczywiście.
Skrzyżowania: jeśli nie ma świateł, pierwszeństwo ustalić siłą
i godnością osobistą – poruszać się jasno wytyczoną trasą,
pokazując całym sobą, że właśnie tędy i że właśnie ja. Być
gotowym na najbardziej absurdalną zmianę sytuacji. Jeśli są
światła – stanąć na czerwonym. A potem ruszyć zanim skończy
się świecić, bo w Indonezji światła zmieniają się rzadko i
normalny Indonezyjczyk nie ma cierpliwości, żeby tyle czekać.
Przejeżdżając na zielonym, uważać na tych, którzy stracili
cierpliwość. Przejeżdżając gdziekolwiek, uważać na święta
wioski – na Bali chyba codziennie jest święto jakiejś wioski
(albo kremacja – co na jedno wychodzi). Jedyne, co można wtedy
zrobić to stanąć w korku i spokojnie przyglądać się procesji
idącej lub – jeśli nie ma się szczęścia – siedzącej na
drodze. Ulice jednokierunkowe: są. Delikatną i nie przestrzeganą
sugestią. Piesi: ignorować (chyba że są procesją). W przypadku
wtargnięcia pieszego przed maskę (jedyny sposób, żeby przejść
przez ulicę) nie hamować. Jeśli nie zdąży uciec – ominąć w
ostatniej chwili.

Dlatego dziś
tylko 20 kilometrów – do Gunung Kawi. To miejsce w dolinie rzeki z
wyrzeźbionymi w skale wielkimi stupami. Początek mało zachęcający
– długie schody w dół z ciągnącym się wzdłuż rzędem
straganów z pamiątkami. Tylko że na schodach, poza kilkoma
turystami, sami Balijczycy. Jak zawsze pięknie ubrani, z wielkimi,
misternie ułożonymi, pełnymi owoców koszami ofiarnymi niesionymi
na głowach. W górę i w dół, w górę i w dół – schody do raju.
Raj jest na dole (bo tu wszystko odwrotnie) – wijąca się między
wzgórzami dolina, wypełniona tarasami ryżowymi, palmami, rzeką,
wyciętą w skale świątynią i ludźmi niosącymi kosze z owocami.

Gdzieś na
tarasach ryżowych schował się Wąż – chodząc po groblach
znaleźliśmy jego zrzuconą skórę. Jest też Drzewo – nie
jabłoń, a figowiec, banian. Baniany – święte drzewa hinduizmu -
rosnące niemal w każdej miejscowości, niesamowicie rozgałęzione,
rozpnione, okapliczkowane i osarongowane – robią potężne wrażenie.

Ze skalnych nisz
łypią na nas jaszczurki. Ze schodów – nie wiedzieć czemu –
rzeźba mamuta (nie wiedzieć czemu mamut, a nie że łypie –
wszystkie rzeźby na Bali mają to do siebie, że albo łypią, albo
się wytrzeszczają). Z wykutego w skale portalu łypią do kompletu
psy, próbując przemknąć za plecami odganiających je straganiarzy
i dorwać się do ofiarnych koszy. A my siedzimy na moście, pijemy
jakieś izotoniczne paskudztwo, gadamy ze sprzedawcami, patrzymy.
Cisza, spokój, itd…. Dobrze nam tu.

gunung

Potem jeszcze
kawałek dalej – do świątyni ze źródłami, z których wypływa
rzeka. Po dość nieudanym epizodzie z gorącymi źródłami w
Himalajach, wszystkie atrakcje ze źródłem w nazwie wzbudzają
naszą podejrzliwość, ale zaglądamy, bo to niedaleko. Tu już
komercja pełną gębą – wycieczki, strażnicy pilnujący, żeby
wyjść dłuższą drogą pomiędzy straganami, jedyne paskudne
jedzenie, jakie znaleźliśmy na Bali… Ale też basen z setkami
złotych tuczników, rząd fantastycznie łypiących rzeźb, kolejny
święty mąż i basen ze źródłami – w krystalicznie czystej
wodzie widać jak potężny strumień wybija spod ziemi. Niby nic
specjalnie ciekawego, gdyby nie absolutny – i dosłowny – odlot:
jaskółki. Spadają co kilka sekund nad źródło (i tylko tam),
uderzają o wodę – pac! – i z powrotem do góry. Tak szybko, że
rozmazują się w powietrzu. Pac! – kółko na wodzie i smuga po
jaskółce. Jak puszczanie kaczek – tylko ładniej. No i niby
komercja, a tyle radości.

A pies? Okazało
się, że tak naprawdę nie chodziło o nasze późne powroty (no,
może trochę). Zajęliśmy jego ulubiony bungalow. Z ulubionym
tarasem do wylegiwania. Patrzy na nas z takim wyrzutem, że
następnego dnia wymykamy się jeszcze przed świtem. Ale o tym
zupełnie kiedy indziej, bo przecież miało być nie po kolei.

batur

Chcemy dojechać do Pura Besakih –
kompleksu świątynnego na zboczach wulkanu Agung. Chociaż zaczynamy
podejrzewać, że z tym wulkanem to jakiś kant – nie widzieliśmy go
ani razu od przyjazdu na Bali. Jest co prawda trochę pochmurno, ale
uznajemy, że trzy tysiące metrów powinno być widoczne
przynajmniej od czasu do czasu. Co więcej, Lonely Planet pisze, że
świątynia jest oblegana przez turystów i hordy naciągaczy. No to
mamy pierwsze wyzwanie – dojechać skuterem na nieistniejący
wulkan i poszukać klimatu w superatrakcji turystycznej.

Do Pura Besakih jedzie się przez
Klungkung. A Klungkung czy Kalimantan – to przecież prawie to
samo. Szczególnie, kiedy ten pierwszy na znakach zapisany jest jako
Semarapura, bo przecież wszyscy wiedzą, że tak się kiedyś
nazywał. Przeglądać mapę w czasie jazdy na tylnym pałąku
skutera odważyłam się dopiero następnego dnia. Ma być coś na
„K”. Kiedy okazuje się, że jakoś za długo jedziemy na północ,
uznajemy, że właściwie wszystko jedno, którego wulkanu nie
zobaczymy, bo go tam wcale nie będzie. Po drodze mamy Batur.

 

batur

A jednak jest, chyba wyłącznie
dlatego, że trzeba zapłacić za wjazd na drogę widokową. Chociaż
tak trochę z łaski – zamglony, zachmurzony i jakiś taki
nieszczególnie robiący wrażenie.Zjeżdżamy serpentynami na dno
kaldery czegoś, co kiedyś było znacznie większe niż stojący w
niej Batur. I zaczynamy doceniać. Parkujemy skuterek na wyschniętej
trawie, muchy brzęczą, wulkan stoi, jezioro faluje, od czasu do
czasu przejeżdża ciężarówka z ziemią (wożą tę ziemię po
całej Indonezji). Kontemplujemy zmiany układu chmur nad wulkanem
(„Jest, jest, kawałek niebieskiego się pokazał!”).
Cisza, spokój, ciężarówka z ziemią, cisza…

batur

Droga dookoła jeziora. Z tablicami „Na
końcu drogi czynny wulkan”. Jedziemy, losowo wybierając
kierunek na rozjazdach. Do wulkanu nie dojeżdżamy, za to w miejscu,
gdzie kończy się asfalt, stoi świątynia.  I tubylcy -
zapraszają do środka, biegną do wioski po sarongi, żeby było
przyzwoicie. A w środku kilkunastu chłopa z mozołem wciąga
bambusowe belki na dach budowanego pawilonu – wyższy od nich o
jakieś pół metra Ksawery zgłasza się na ochotnika w charakterze
dźwigu. Tuż obok święty mąż przyjmuje mieszkańców wioski.
Paprocie wyrastają z kamienia, rzeźbione smoki szczerzą paszcze,
po dziedzińcu biegają wyścigowe kury. Cisza, spokój, stukanie
młotków, cisza…

batur

batur

Godzinę później idę szosą pod górę
w kasku na głowie, mrucząc „no baaaardzo śmieszne” pod adresem
mijających mnie i rechoczących Balijczyków. Bardzo śmieszne, że
nasz skuter nie potrafi wjechać serpentynami na górę z dwiema
osobami na pokładzie. Nawet jeśli jedna waży ponad sto kilo.
Wreszcie docieramy do szosy biegnącej krawędzią kaldery i
oczywiście nie trafiamy w drogę na skróty, którą pokazuje nasza
mapa. Z prostego powodu – bo jej tam nie ma. Podobnie jak skrótu,
który miał odchodzić od jeziora. Zrobiło się późne popołudnie,
jesteśmy na drodze na Klungkung (w samą porę…), nasz skuter nie
wjeżdża pod górę, wobec czego podejmujemy jedyną słuszną
decyzję – jedziemy do Pura Besakih.

pura besakih

Niby trochę naokoło, ale licząc od
rana to już tak naokoło, że właściwie wszystko jedno. Musimy
tylko skręcić w lewo we właściwej miejscowości. Co może być
trudne, bo w Indonezji miejscowości ciągną się kilometrami i
przechodzą płynnie jedna w drugą. Tabliczek z nazwami nie ma,
zresztą chyba już nikt się nie może połapać, gdzie przebiegają
granice – adresy na szyldach (jedyne źródło informacji, gdzie
jesteśmy) często mają wpisaną nazwę najbliższej większej
miejscowości albo tych, między którymi prowadzi droga. Np.
„Warsztat samochodowy (po indonezyjsku – Cuci Auto),
Denpasar-Singaraya”. Kiedy – pewni, że jednak przejechaliśmy –
postanawiamy wracać, pojawia się drogowskaz PURA BESAKIH. A potem
kolejne. A potem trzeba być sprytnym i czytać Lonely Planet. Przy
ostatnim drogowskazie pokazującym w prawo, skręcamy w lewo i
lądujemy przy bocznym wejściu. Wulkanu nie widać, widoków nie
widać, turystów nie widać. Nie widać też obowiązkowych
sarongów, obowiązkowych pasów do sarongu, obowiązkowych pamiątek
i obowiązkowych hord naciągaczy. W ogóle niewiele widać, bo za
chwilę zajdzie słońce a my stoimy w środku chmury. I jest
pięknie.

pura besakih

Z mgły wyłaniają się dachy świątyń,
procesje tubylców z ofiarami, rzeźby demonów opiekuńczych, czarna
i biała kura oraz dwóch cwaniaczków usiłujących sprzedać nam 10
złotych polskich i wejściówki do świątyń, do których nie wolno
wchodzić. Nie jesteśmy zainteresowani, potem jeszcze dwa razy nie
jesteśmy zainteresowani, a potem mamy już cały kompleks dla
siebie. Cisza, spokój, mgła, cisza… Magicznie.

pura besakih

Kiedy wychodzimy, jest już zupełnie
ciemno. Odpalamy skuter, włączamy światła… Włączamy światła…
NIE DZIAŁAJĄ. Ani przód, ani tył. Mamy do przejechania pół
wyspy drogą, którą jeszcze nie jechaliśmy, jest czarna noc,
jedziemy czarnym skuterem, a ja mam na plecach czarny plecak. Dobrze,
że czarna kura została w świątyni. Zaplątuję z tyłu odblaskowy
pasek i powoli ruszamy.

pura besakih

Trzy minuty po wyjechaniu z zasięgu latarni
i wpadnięciu w pierwszą dziurę, dochodzimy do wniosku, że chyba
jednak nie. Stajemy na poboczu, Ksawery dłubie scyzorykiem przy
przełączniku, ja próbuję wypatrzyć jakiś nocleg w przewodniku.
I nagle staje się światłość. Jedziemy! Pół godziny później,
zsuwając się powoli z serpentyn, ledwie widocznych w słabej
skuterowej lampce, dochodzimy do wniosku, że bez świateł nie
mielibyśmy szans.

pura besakih

W Ubud, w bramie
homestayu czeka na nas pies właściciela i robi nam awanturę pt.:
”O której to się wraca do domu”. Prychając i warcząc
odprowadza nas do bungalowu i obrażony idzie spać. My też.
c.d.n.

Właściwie
to chcieliśmy na Flores. Góry, wioski, misjonarze, mało turystów
– brzmiało dobrze. Albo na Sumatrę. Orangutany. Dżungla.
ORANGUTANY. Ale…. Wszystko rozbijało się o to, że mając dwa
tygodnie na Jawę plus coś, na Flores musielibyśmy polecieć, na
miejscu wynająć jeepa z kierowcą i w połowie wyspy zawrócić,
żeby zdążyć na samolot. Drogo i bez sensu. Flores i Sumatra
zostały odłożone na mityczny „następny raz” a my
postanowiliśmy oswoić Bali. Wulkany – są. Świątynie – są.
Przyroda – jest. Hordy turystów za ciężką kasę i fama głównej
imprezowni Indonezji – jest. Wyzwanie też jest – znalezienie
klimatu.

ubud4

Na bazę do zwiedzania wyspy wybraliśmy Ubud. Nie leży nad morzem, więc jest tu mniej turystów, poza tym jest piękne, artystyczne i tańsze – wyczytałam. NIE W SIERPNIU. Wysiadamy na głównej ulicy – Monkey Forest Road. Późnym wieczorem, przeraźliwie zmęczeni, głodni i brudni. Tego samego dnia rano próbował udusić nas wulkan, a tu świecą wystawy sklepów z ekskluzywnymi markami, w restauracjach setki turystów, a wzdłuż wąskich chodników – rzędy naganiaczy. „Transport!” – facet podstawia mi pod nos zalaminowany kartonik z wydrukowanym TAXI. „No-no” to już odruch. Uśmiecha się i odwraca kartkę. MAYBE TOMORROW? – czytam. „Room!”, „taxi!”, „room!”, „transport!”, „room!” – rozlega się co pół metra. Sprawdzamy dwa zapisane jeszcze w Polsce adresy, ceny trzy razy wyższe niż w moich notatkach. Dramat. Przenocujemy tu, a potem podpinamy się do internetu i szukamy, gdzie uciekać. „Nie lubię Ubud” – ogłaszam wszem i wobec.

Ono mnie też nie. Chwilę później trafiam stopą w kawałek wystającego z chodnika żelastwa. Krew leje się strumieniami, o chodzeniu po miasteczku i szukaniu sensownego noclegu nie ma co myśleć, instalujemy się na Monkey Forest Road. W bungalowach zbudowanych na dachu innego budynku. Po prostu – na płaskim betonowym stropie ktoś postawił domy z werandami. Do tego rośliny w donicach, basen… I wystające słupy z prętami zbrojeniowymi.

Następnego dnia, po zejściu z Monkey Forest Road, Ubud zaczyna wyglądać zdecydowanie bardziej przyjaźnie. Tylko wyglądać. Tym razem obłamana płyta chodnikowa i druga strona stopy, krew leje się strumieniami itp., itd. O planowanej wspinaczce na wulkan mogę zapomnieć – jedyne, w czym mogę chodzić to sandały. Znajdujemy tańszy nocleg, stwierdzamy, że nie ma co panikować i postanawiamy pojeździć bo
Bali skuterem.

„Helooouuuu!!!
Where are you goiiiiiing today?” – to nasz gospodarz, codziennie
rano. Balijczycy w ramach wymieniania uprzejmości nie pytają, jak
się czujesz. Człowiek szczęśliwy musi mieć miejsce, z którego
wyrusza i miejsce, do którego idzie. Jeśli nie wie dokąd idzie, to
nie ma sensu pytać, jak się czuje – nie może być dobrze.
„Zastanowimy się przy śniadaniu” – gospodarz ma łzy w oczach,
czujemy jak całe Ubud wstrzymuje oddech – „ale
najprawdopodobniej Pura Besakih” – ulga, szczęście, kamień z
serca, Ubud spokojnie wraca do rozstawiania koszyczków z ofiarami
wszędzie tam, gdzie najłatwiej się na nich poślizgnąć. „A
czym jedziecie?” „Skuterem”. „Macie skuter?” „Jeszcze
nie”. Ups, błąd. POTRZEBUJEMY CZEGOŚ. A skoro potrzebujemy, to
trzeba poruszyć niebo, ziemię i wszystkich swoich przyjaciół,
żeby nam to dostarczyć. To nic, że 50 metrów od nas jest
wypożyczalnia. Mamy czekać, skuter zaraz będzie. Po 10 minutach
jest. Za mały, nie zmieścimy się na nim we dwójkę z plecakami.
Ale to nic, inny przyjaciel ma większy. Czekamy kolejne 10 minut,
przyjeżdża taki sam. Ale trzeci przyjaciel… Uciekamy do
wypożyczalni i po chwili wyruszamy Czarną Strzałą w kierunku
wschodzącego słońca. A właściwie na północ, bo pomyliliśmy
drogi. Co okazało się tylko pierwszą z atrakcji czekających nas
tego dnia…

c.d.n.

ubud

 

PS. Nie zrobiłam żadnego zdjęcia na Monkey Forest Road. Zauważyłam to dopiero szukając zdjęć do tego wpisu :)

port

Brak komentarzy

port1

Najpierw dopada nas upał, wali się na głowę z nieba, z jasnych ścian budynków dawnej Batavii. Potem przeraźliwy smród kanału („Chodźmy wzdłuż
wody, będzie chłodniej”), nad którym, jak na ironię, zwiesza się pocztówkowy holenderski mostek. A tuż za bramą portu – samozwańczy guide
z identyfikatorem na szyi i zaawansowanym słowotokiem. „Tamniemapocoiśćnicciekawegojawampokażęreallifeifiretemplezajedyne10dolarówodosoby”. Jakie nic ciekawego?! Uskakujemy przed
ciężarówkami wzbijającymi chmury pyłu, po wąskich trapach na dziesiątki
drewnianych (!) statków wędrują workowo-ludzkie hybrydy.

port2

„8
dolarów” – nie rezygnuje real life z identyfikatorem. Na nabrzeżu ktoś
ściera bryłę lodu, podaje robotnikom napoje w foliowych woreczkach. „6
dolarów”. Z odrapanego czółna wyjeżdża do góry na linach wielki
akumulator. „5 dolarów”. Trochę mnie ciekawi, do ilu można stargować
prawdziwe życie, nie odzywając się ani słowem, ale wreszcie nie wytrzymuję. „Co za fire temple?” „FiretemplereallifeyouseeIexplain4dollars”. Tak, oczywiście. A właściwie wytrenowane przez
dwa tygodnie „No-no”.  Wreszcie zostajemy sami z
pyłem, smrodem, upałem, portem i real life zupełnie za
darmo.

port3

Robotnicy machają do nas z paki ciężarówki. „- To mój statek,
mój!” – rozpromienia się człowiek na nabrzeżu, kiedy robię zdjęcie.
„Piękny” – uśmiecham się. Odrapany staroć, z obłążącą farbą. Piękny.
Większość zupełnie nie zwraca na nas uwagi. Zarobieni są.  Nikt
się nie oburza, że jakieś białasy plączą się w miejscu pracy, że coś ich może rozjechać, że może wpadną do wody i będzie kłopot. Nikt nie
domaga się kasy za wstęp ani zdjęcia.

port4

Dochodzimy do końca pirsu –
wreszcie czuć jakiś przewiew. Bryza. O zapachu ciepłej mokrej szmaty. Grunt, że trochę chłodniej. Piiiiiić…. I znów pył,
ciężarówki, worki, walący się z nieba upał, smród kanału. Jakoś nie chce
mi się stąd  wychodzić.

port5

Kilkaset metrów dalej w stylowej Cafe
Batavia, gdzie dopełzamy z początkami udaru cieplnego, kolonialne
wiatraki mielą powietrze, a elegancki kelner stawia przed nami paterę z owocami udając, że nie zauważa naszych przeraźliwie zakurzonych nóg. I czujemy się jak wtedy, kiedy prosto z kopalni siarki na
dnie wulkanu dotarliśmy przed sklep Ralpha Laurena na Bali. Ale to już
zupełnie inna historia:)

Więcej zdjęć na szufladazobrazkami.pl

indo-amnezja

Brak komentarzy

Polecieliśmy do Indonezji. Na dwa tygodnie, więcej nie było, zwiad właściwie, a nie porządny wyjazd. Dlaczego akurat tam? Wyszło z zestawienia krajów poza Europą, w których nie pada w sierpniu z cenami
biletów lotniczych. Na miejscu uzupełniliśmy „… nie pada w sierpniu
częściej niż raz dziennie”. Teraz wszyscy pytają „No i jak w tej
Indonezji?”, a ja próbuję coś
krótko o wulkanach, świątyniach, ludziach, jedzeniu i mam wrażenie, że
cały czas jakoś nie tak i nie o tym. To może wreszcie pora naprawdę
reanimować blog o dumnej i niewykorzystanej nazwie :) Zapraszam
na Indonezję w odcinkach. Oczywiście zupełnie nie po kolei.


  • RSS