batur

Chcemy dojechać do Pura Besakih –
kompleksu świątynnego na zboczach wulkanu Agung. Chociaż zaczynamy
podejrzewać, że z tym wulkanem to jakiś kant – nie widzieliśmy go
ani razu od przyjazdu na Bali. Jest co prawda trochę pochmurno, ale
uznajemy, że trzy tysiące metrów powinno być widoczne
przynajmniej od czasu do czasu. Co więcej, Lonely Planet pisze, że
świątynia jest oblegana przez turystów i hordy naciągaczy. No to
mamy pierwsze wyzwanie – dojechać skuterem na nieistniejący
wulkan i poszukać klimatu w superatrakcji turystycznej.

Do Pura Besakih jedzie się przez
Klungkung. A Klungkung czy Kalimantan – to przecież prawie to
samo. Szczególnie, kiedy ten pierwszy na znakach zapisany jest jako
Semarapura, bo przecież wszyscy wiedzą, że tak się kiedyś
nazywał. Przeglądać mapę w czasie jazdy na tylnym pałąku
skutera odważyłam się dopiero następnego dnia. Ma być coś na
„K”. Kiedy okazuje się, że jakoś za długo jedziemy na północ,
uznajemy, że właściwie wszystko jedno, którego wulkanu nie
zobaczymy, bo go tam wcale nie będzie. Po drodze mamy Batur.

 

batur

A jednak jest, chyba wyłącznie
dlatego, że trzeba zapłacić za wjazd na drogę widokową. Chociaż
tak trochę z łaski – zamglony, zachmurzony i jakiś taki
nieszczególnie robiący wrażenie.Zjeżdżamy serpentynami na dno
kaldery czegoś, co kiedyś było znacznie większe niż stojący w
niej Batur. I zaczynamy doceniać. Parkujemy skuterek na wyschniętej
trawie, muchy brzęczą, wulkan stoi, jezioro faluje, od czasu do
czasu przejeżdża ciężarówka z ziemią (wożą tę ziemię po
całej Indonezji). Kontemplujemy zmiany układu chmur nad wulkanem
(„Jest, jest, kawałek niebieskiego się pokazał!”).
Cisza, spokój, ciężarówka z ziemią, cisza…

batur

Droga dookoła jeziora. Z tablicami „Na
końcu drogi czynny wulkan”. Jedziemy, losowo wybierając
kierunek na rozjazdach. Do wulkanu nie dojeżdżamy, za to w miejscu,
gdzie kończy się asfalt, stoi świątynia.  I tubylcy -
zapraszają do środka, biegną do wioski po sarongi, żeby było
przyzwoicie. A w środku kilkunastu chłopa z mozołem wciąga
bambusowe belki na dach budowanego pawilonu – wyższy od nich o
jakieś pół metra Ksawery zgłasza się na ochotnika w charakterze
dźwigu. Tuż obok święty mąż przyjmuje mieszkańców wioski.
Paprocie wyrastają z kamienia, rzeźbione smoki szczerzą paszcze,
po dziedzińcu biegają wyścigowe kury. Cisza, spokój, stukanie
młotków, cisza…

batur

batur

Godzinę później idę szosą pod górę
w kasku na głowie, mrucząc „no baaaardzo śmieszne” pod adresem
mijających mnie i rechoczących Balijczyków. Bardzo śmieszne, że
nasz skuter nie potrafi wjechać serpentynami na górę z dwiema
osobami na pokładzie. Nawet jeśli jedna waży ponad sto kilo.
Wreszcie docieramy do szosy biegnącej krawędzią kaldery i
oczywiście nie trafiamy w drogę na skróty, którą pokazuje nasza
mapa. Z prostego powodu – bo jej tam nie ma. Podobnie jak skrótu,
który miał odchodzić od jeziora. Zrobiło się późne popołudnie,
jesteśmy na drodze na Klungkung (w samą porę…), nasz skuter nie
wjeżdża pod górę, wobec czego podejmujemy jedyną słuszną
decyzję – jedziemy do Pura Besakih.

pura besakih

Niby trochę naokoło, ale licząc od
rana to już tak naokoło, że właściwie wszystko jedno. Musimy
tylko skręcić w lewo we właściwej miejscowości. Co może być
trudne, bo w Indonezji miejscowości ciągną się kilometrami i
przechodzą płynnie jedna w drugą. Tabliczek z nazwami nie ma,
zresztą chyba już nikt się nie może połapać, gdzie przebiegają
granice – adresy na szyldach (jedyne źródło informacji, gdzie
jesteśmy) często mają wpisaną nazwę najbliższej większej
miejscowości albo tych, między którymi prowadzi droga. Np.
„Warsztat samochodowy (po indonezyjsku – Cuci Auto),
Denpasar-Singaraya”. Kiedy – pewni, że jednak przejechaliśmy –
postanawiamy wracać, pojawia się drogowskaz PURA BESAKIH. A potem
kolejne. A potem trzeba być sprytnym i czytać Lonely Planet. Przy
ostatnim drogowskazie pokazującym w prawo, skręcamy w lewo i
lądujemy przy bocznym wejściu. Wulkanu nie widać, widoków nie
widać, turystów nie widać. Nie widać też obowiązkowych
sarongów, obowiązkowych pasów do sarongu, obowiązkowych pamiątek
i obowiązkowych hord naciągaczy. W ogóle niewiele widać, bo za
chwilę zajdzie słońce a my stoimy w środku chmury. I jest
pięknie.

pura besakih

Z mgły wyłaniają się dachy świątyń,
procesje tubylców z ofiarami, rzeźby demonów opiekuńczych, czarna
i biała kura oraz dwóch cwaniaczków usiłujących sprzedać nam 10
złotych polskich i wejściówki do świątyń, do których nie wolno
wchodzić. Nie jesteśmy zainteresowani, potem jeszcze dwa razy nie
jesteśmy zainteresowani, a potem mamy już cały kompleks dla
siebie. Cisza, spokój, mgła, cisza… Magicznie.

pura besakih

Kiedy wychodzimy, jest już zupełnie
ciemno. Odpalamy skuter, włączamy światła… Włączamy światła…
NIE DZIAŁAJĄ. Ani przód, ani tył. Mamy do przejechania pół
wyspy drogą, którą jeszcze nie jechaliśmy, jest czarna noc,
jedziemy czarnym skuterem, a ja mam na plecach czarny plecak. Dobrze,
że czarna kura została w świątyni. Zaplątuję z tyłu odblaskowy
pasek i powoli ruszamy.

pura besakih

Trzy minuty po wyjechaniu z zasięgu latarni
i wpadnięciu w pierwszą dziurę, dochodzimy do wniosku, że chyba
jednak nie. Stajemy na poboczu, Ksawery dłubie scyzorykiem przy
przełączniku, ja próbuję wypatrzyć jakiś nocleg w przewodniku.
I nagle staje się światłość. Jedziemy! Pół godziny później,
zsuwając się powoli z serpentyn, ledwie widocznych w słabej
skuterowej lampce, dochodzimy do wniosku, że bez świateł nie
mielibyśmy szans.

pura besakih

W Ubud, w bramie
homestayu czeka na nas pies właściciela i robi nam awanturę pt.:
”O której to się wraca do domu”. Prychając i warcząc
odprowadza nas do bungalowu i obrażony idzie spać. My też.
c.d.n.