fotoexplorer blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: bali

skuteriada – cz.2

Brak komentarzy

Poranek
następnego dnia. Uznajemy (po konsultacji ze strategicznymi
częściami ciała), że hasło „trzeba mieć ambicję”
zrealizowaliśmy wczoraj z nawiązką. Plan na dziś to: śniadanie
na tarasie, KRÓTKA przejażdżka, a wieczorem kultura – balijskie
tańce. W przewodniku znajdujemy intrygujące miejsce 20 km od Ubud –
odległość wymarzona na nasze dzisiejsze możliwości.

Jedziemy. Z
jechaniem w Indonezji jest tak: generalnie lewą. Ale na przykład
skręcając skuterem w prawo (czyli przecinając pas ruchu, bo tu
wszystko odwrotnie) należy pojechać kawałek pod prąd skrajem
prawego pasa i wypatrzywszy umowną przerwę między pojazdami,
łagodnym skosem (cały czas pod prąd) włączyć się do ruchu na
pasie lewym. Pożądane jest, żeby osoby jadące pasem prawym
zniosły to ze stoickim spokojem. Indonezyjczycy znoszą.
Wyprzedzanie: skutery wyprzedzają się nawzajem jak chcą, gdzie
chcą i którędy chcą. Po zauważeniu innego pojazdu dwa centymetry
od siebie – nie panikować. Indonezyjczycy nie panikują. Samochody
ustępują tylko większym (czyli nie skuterom), tak samo przy
wyprzedzaniu. Po zauważeniu samochodu jadącego na czołówkę, nie
trąbić, nie błyskać, ustąpić – bo on nie ustąpi. Na drodze,
niezależnie od jej szerokości, ZAWSZE jest wystarczająco dużo
miejsca, żeby zmieściły się dwa samochody i skuter. Przynajmniej
tak uważają Indonezyjczycy. Przed wyprzedzaniem trąbić – nikt
nie patrzy w lusterka i może na przykład dokładnie w tym samym
momencie zechcieć skręcić. Bez kierunkowskazu oczywiście.
Skrzyżowania: jeśli nie ma świateł, pierwszeństwo ustalić siłą
i godnością osobistą – poruszać się jasno wytyczoną trasą,
pokazując całym sobą, że właśnie tędy i że właśnie ja. Być
gotowym na najbardziej absurdalną zmianę sytuacji. Jeśli są
światła – stanąć na czerwonym. A potem ruszyć zanim skończy
się świecić, bo w Indonezji światła zmieniają się rzadko i
normalny Indonezyjczyk nie ma cierpliwości, żeby tyle czekać.
Przejeżdżając na zielonym, uważać na tych, którzy stracili
cierpliwość. Przejeżdżając gdziekolwiek, uważać na święta
wioski – na Bali chyba codziennie jest święto jakiejś wioski
(albo kremacja – co na jedno wychodzi). Jedyne, co można wtedy
zrobić to stanąć w korku i spokojnie przyglądać się procesji
idącej lub – jeśli nie ma się szczęścia – siedzącej na
drodze. Ulice jednokierunkowe: są. Delikatną i nie przestrzeganą
sugestią. Piesi: ignorować (chyba że są procesją). W przypadku
wtargnięcia pieszego przed maskę (jedyny sposób, żeby przejść
przez ulicę) nie hamować. Jeśli nie zdąży uciec – ominąć w
ostatniej chwili.

Dlatego dziś
tylko 20 kilometrów – do Gunung Kawi. To miejsce w dolinie rzeki z
wyrzeźbionymi w skale wielkimi stupami. Początek mało zachęcający
– długie schody w dół z ciągnącym się wzdłuż rzędem
straganów z pamiątkami. Tylko że na schodach, poza kilkoma
turystami, sami Balijczycy. Jak zawsze pięknie ubrani, z wielkimi,
misternie ułożonymi, pełnymi owoców koszami ofiarnymi niesionymi
na głowach. W górę i w dół, w górę i w dół – schody do raju.
Raj jest na dole (bo tu wszystko odwrotnie) – wijąca się między
wzgórzami dolina, wypełniona tarasami ryżowymi, palmami, rzeką,
wyciętą w skale świątynią i ludźmi niosącymi kosze z owocami.

Gdzieś na
tarasach ryżowych schował się Wąż – chodząc po groblach
znaleźliśmy jego zrzuconą skórę. Jest też Drzewo – nie
jabłoń, a figowiec, banian. Baniany – święte drzewa hinduizmu -
rosnące niemal w każdej miejscowości, niesamowicie rozgałęzione,
rozpnione, okapliczkowane i osarongowane – robią potężne wrażenie.

Ze skalnych nisz
łypią na nas jaszczurki. Ze schodów – nie wiedzieć czemu –
rzeźba mamuta (nie wiedzieć czemu mamut, a nie że łypie –
wszystkie rzeźby na Bali mają to do siebie, że albo łypią, albo
się wytrzeszczają). Z wykutego w skale portalu łypią do kompletu
psy, próbując przemknąć za plecami odganiających je straganiarzy
i dorwać się do ofiarnych koszy. A my siedzimy na moście, pijemy
jakieś izotoniczne paskudztwo, gadamy ze sprzedawcami, patrzymy.
Cisza, spokój, itd…. Dobrze nam tu.

gunung

Potem jeszcze
kawałek dalej – do świątyni ze źródłami, z których wypływa
rzeka. Po dość nieudanym epizodzie z gorącymi źródłami w
Himalajach, wszystkie atrakcje ze źródłem w nazwie wzbudzają
naszą podejrzliwość, ale zaglądamy, bo to niedaleko. Tu już
komercja pełną gębą – wycieczki, strażnicy pilnujący, żeby
wyjść dłuższą drogą pomiędzy straganami, jedyne paskudne
jedzenie, jakie znaleźliśmy na Bali… Ale też basen z setkami
złotych tuczników, rząd fantastycznie łypiących rzeźb, kolejny
święty mąż i basen ze źródłami – w krystalicznie czystej
wodzie widać jak potężny strumień wybija spod ziemi. Niby nic
specjalnie ciekawego, gdyby nie absolutny – i dosłowny – odlot:
jaskółki. Spadają co kilka sekund nad źródło (i tylko tam),
uderzają o wodę – pac! – i z powrotem do góry. Tak szybko, że
rozmazują się w powietrzu. Pac! – kółko na wodzie i smuga po
jaskółce. Jak puszczanie kaczek – tylko ładniej. No i niby
komercja, a tyle radości.

A pies? Okazało
się, że tak naprawdę nie chodziło o nasze późne powroty (no,
może trochę). Zajęliśmy jego ulubiony bungalow. Z ulubionym
tarasem do wylegiwania. Patrzy na nas z takim wyrzutem, że
następnego dnia wymykamy się jeszcze przed świtem. Ale o tym
zupełnie kiedy indziej, bo przecież miało być nie po kolei.

batur

Chcemy dojechać do Pura Besakih –
kompleksu świątynnego na zboczach wulkanu Agung. Chociaż zaczynamy
podejrzewać, że z tym wulkanem to jakiś kant – nie widzieliśmy go
ani razu od przyjazdu na Bali. Jest co prawda trochę pochmurno, ale
uznajemy, że trzy tysiące metrów powinno być widoczne
przynajmniej od czasu do czasu. Co więcej, Lonely Planet pisze, że
świątynia jest oblegana przez turystów i hordy naciągaczy. No to
mamy pierwsze wyzwanie – dojechać skuterem na nieistniejący
wulkan i poszukać klimatu w superatrakcji turystycznej.

Do Pura Besakih jedzie się przez
Klungkung. A Klungkung czy Kalimantan – to przecież prawie to
samo. Szczególnie, kiedy ten pierwszy na znakach zapisany jest jako
Semarapura, bo przecież wszyscy wiedzą, że tak się kiedyś
nazywał. Przeglądać mapę w czasie jazdy na tylnym pałąku
skutera odważyłam się dopiero następnego dnia. Ma być coś na
„K”. Kiedy okazuje się, że jakoś za długo jedziemy na północ,
uznajemy, że właściwie wszystko jedno, którego wulkanu nie
zobaczymy, bo go tam wcale nie będzie. Po drodze mamy Batur.

 

batur

A jednak jest, chyba wyłącznie
dlatego, że trzeba zapłacić za wjazd na drogę widokową. Chociaż
tak trochę z łaski – zamglony, zachmurzony i jakiś taki
nieszczególnie robiący wrażenie.Zjeżdżamy serpentynami na dno
kaldery czegoś, co kiedyś było znacznie większe niż stojący w
niej Batur. I zaczynamy doceniać. Parkujemy skuterek na wyschniętej
trawie, muchy brzęczą, wulkan stoi, jezioro faluje, od czasu do
czasu przejeżdża ciężarówka z ziemią (wożą tę ziemię po
całej Indonezji). Kontemplujemy zmiany układu chmur nad wulkanem
(„Jest, jest, kawałek niebieskiego się pokazał!”).
Cisza, spokój, ciężarówka z ziemią, cisza…

batur

Droga dookoła jeziora. Z tablicami „Na
końcu drogi czynny wulkan”. Jedziemy, losowo wybierając
kierunek na rozjazdach. Do wulkanu nie dojeżdżamy, za to w miejscu,
gdzie kończy się asfalt, stoi świątynia.  I tubylcy -
zapraszają do środka, biegną do wioski po sarongi, żeby było
przyzwoicie. A w środku kilkunastu chłopa z mozołem wciąga
bambusowe belki na dach budowanego pawilonu – wyższy od nich o
jakieś pół metra Ksawery zgłasza się na ochotnika w charakterze
dźwigu. Tuż obok święty mąż przyjmuje mieszkańców wioski.
Paprocie wyrastają z kamienia, rzeźbione smoki szczerzą paszcze,
po dziedzińcu biegają wyścigowe kury. Cisza, spokój, stukanie
młotków, cisza…

batur

batur

Godzinę później idę szosą pod górę
w kasku na głowie, mrucząc „no baaaardzo śmieszne” pod adresem
mijających mnie i rechoczących Balijczyków. Bardzo śmieszne, że
nasz skuter nie potrafi wjechać serpentynami na górę z dwiema
osobami na pokładzie. Nawet jeśli jedna waży ponad sto kilo.
Wreszcie docieramy do szosy biegnącej krawędzią kaldery i
oczywiście nie trafiamy w drogę na skróty, którą pokazuje nasza
mapa. Z prostego powodu – bo jej tam nie ma. Podobnie jak skrótu,
który miał odchodzić od jeziora. Zrobiło się późne popołudnie,
jesteśmy na drodze na Klungkung (w samą porę…), nasz skuter nie
wjeżdża pod górę, wobec czego podejmujemy jedyną słuszną
decyzję – jedziemy do Pura Besakih.

pura besakih

Niby trochę naokoło, ale licząc od
rana to już tak naokoło, że właściwie wszystko jedno. Musimy
tylko skręcić w lewo we właściwej miejscowości. Co może być
trudne, bo w Indonezji miejscowości ciągną się kilometrami i
przechodzą płynnie jedna w drugą. Tabliczek z nazwami nie ma,
zresztą chyba już nikt się nie może połapać, gdzie przebiegają
granice – adresy na szyldach (jedyne źródło informacji, gdzie
jesteśmy) często mają wpisaną nazwę najbliższej większej
miejscowości albo tych, między którymi prowadzi droga. Np.
„Warsztat samochodowy (po indonezyjsku – Cuci Auto),
Denpasar-Singaraya”. Kiedy – pewni, że jednak przejechaliśmy –
postanawiamy wracać, pojawia się drogowskaz PURA BESAKIH. A potem
kolejne. A potem trzeba być sprytnym i czytać Lonely Planet. Przy
ostatnim drogowskazie pokazującym w prawo, skręcamy w lewo i
lądujemy przy bocznym wejściu. Wulkanu nie widać, widoków nie
widać, turystów nie widać. Nie widać też obowiązkowych
sarongów, obowiązkowych pasów do sarongu, obowiązkowych pamiątek
i obowiązkowych hord naciągaczy. W ogóle niewiele widać, bo za
chwilę zajdzie słońce a my stoimy w środku chmury. I jest
pięknie.

pura besakih

Z mgły wyłaniają się dachy świątyń,
procesje tubylców z ofiarami, rzeźby demonów opiekuńczych, czarna
i biała kura oraz dwóch cwaniaczków usiłujących sprzedać nam 10
złotych polskich i wejściówki do świątyń, do których nie wolno
wchodzić. Nie jesteśmy zainteresowani, potem jeszcze dwa razy nie
jesteśmy zainteresowani, a potem mamy już cały kompleks dla
siebie. Cisza, spokój, mgła, cisza… Magicznie.

pura besakih

Kiedy wychodzimy, jest już zupełnie
ciemno. Odpalamy skuter, włączamy światła… Włączamy światła…
NIE DZIAŁAJĄ. Ani przód, ani tył. Mamy do przejechania pół
wyspy drogą, którą jeszcze nie jechaliśmy, jest czarna noc,
jedziemy czarnym skuterem, a ja mam na plecach czarny plecak. Dobrze,
że czarna kura została w świątyni. Zaplątuję z tyłu odblaskowy
pasek i powoli ruszamy.

pura besakih

Trzy minuty po wyjechaniu z zasięgu latarni
i wpadnięciu w pierwszą dziurę, dochodzimy do wniosku, że chyba
jednak nie. Stajemy na poboczu, Ksawery dłubie scyzorykiem przy
przełączniku, ja próbuję wypatrzyć jakiś nocleg w przewodniku.
I nagle staje się światłość. Jedziemy! Pół godziny później,
zsuwając się powoli z serpentyn, ledwie widocznych w słabej
skuterowej lampce, dochodzimy do wniosku, że bez świateł nie
mielibyśmy szans.

pura besakih

W Ubud, w bramie
homestayu czeka na nas pies właściciela i robi nam awanturę pt.:
”O której to się wraca do domu”. Prychając i warcząc
odprowadza nas do bungalowu i obrażony idzie spać. My też.
c.d.n.


  • RSS