Z okazji okazji między wulkany wciskam indonezyjski 11 listopada, czyli 17
sierpnia.

To nasz pierwszy dzień w Indonezji. Docieramy porannym samolotem do
Yogyakarty i od razu okazuje się, że nie jest tak, jak nam się wydawało, czyli że
w jeden dzień zwiedzimy miasto, w którym będą się dziać
rzeczy ciekawsze niż zwykle i jutro wyruszymy dalej.
Tymczasem dowiadujemy się, że rzeczy ciekawsze będą wieczorem, natomiast w
ciągu dnia pozamykane jest wszystko, co państwowe – muzea,
pałace, teatr cieni, informacja turystyczna, okoliczne świątynie…

Trochę zirytowani snujemy się po udekorowanym biało i czerwono (a
właściwie czerwono i biało, bo tu wszystko odwrotnie) mieście, 
uczymy przechodzić przez ulicę, nie dajemy naciągnąć batikowym naciągaczom
(„specjalna wystawa uczniów szkół artystycznych z okazji
Dnia Niepodległości, prawdziwa okazja!”) i przyglądamy przygotowaniom. Na
ogromnym klepisku przed pałacem sułtana buduje się wielka scena. Na drugiej, trochę mniejszej, trwa próba pseudorockowego zespołu.

Tuż obok
rozkręca się karuzela, rozstawiają stragany i powstaje
atrakcja wieczoru – mały zagajnik wysmarowanych zużytym olejem słupów.

Najpierw jednak parada przed Muzeum Wojska. Ale nie jak u nas – ulicą, na
placu, przed oczami szerokiej publiczności.
Tu publicznością są siedzący na tarasie muzeum oficjele, a reszta
obywateli, stłoczona przed otworami w murze,
ogląda całe widowisko z daleka i od tyłu. Obchody jak to obchody mają
lepsze i gorsze momenty, tym lepszym jest pokaz lotników.
Nie żeby zaraz samolotami – na piechotę. Orkiestra wojskowa z cymbałkami,
prowadzony przez wielkie ptaki
oddział bębniarzy w pomarańczowych kombinezonach i maskach tlenowych, wybijający rytm jak z karnawału w Rio, tamburmajorzy robiący szpagaty i skaczący po piramidach z bębnów… 

Zaszło słońce – koniec ramadanowego postu, wzdłuż krawężników rozstawiają się podręczne grille i garkuchnie. Idziemy na plac, a tam jak w amerykańskich filmach – tysiące nastolatków (chociaż oni wyglądają jak nastolatkowie jakoś tak
do trzydziestki) w bluzach, czarnych skórzanych kurtkach,
z wyżelowanymi włosami, namiastka wesołego miasteczka, muzyka, tylko
zamiast samochodów – morze skuterów.
Ludzie siedzą na ogrodzeniach, dachach ciężarówek, niektórzy przynieśli
swoje gitary (w ogłoszeniach kolekcjonerskich pojawia się
czasem stwierdzenie „nigdy nie wyjmowane w pudełka”, indonezyjscy chłopcy
z gitarami powinni pisać „oryginalne struny, nigdy nie strojone”).

Półnadzy mężczyźni wspinają się – a właściwie głównie ześlizgują – po
słupach, usiłując dotrzeć do dyndających na czubku pudełek.

A wszystko miałoby klimat wprost fantastyczny,
gdyby nie trwająca na scenie wielka telewizyjna pompa w stylu festiwalu w
Opolu. Ewakuujemy się i kończymy dzień późnym obiadem, gdzie niespodziewanie
trafiamy na zupełnie inną ścieżkę dźwiękową. Wpadają z ulicy – dużo ludzi, dużo
instrumentów,
jeszcze więcej entuzjazmu.  Są, jacy są. Ale jakoś nam z nimi dobrze :)