Merapi sam się doprosił o zaistnienie na blogu, trafiając z okazji swojego wybuchu do telewizji i na pierwsze strony internetowych portali. A było tak… 

Yogyakarta, w której zatrzymujemy się na kilka dni, leży 30 km od wulkanu. Niestety między Yogyą a wulkanem leżą chmury. Nie jakieś skłębione, malownicze, nisko wiszące chmurzyska – niebo wydaje się nawet niebieskie, tylko lekko zamglone, ale im dalej, tym bardziej świat nie istnieje. Nie lepiej jest w Borobudur – miasteczku z imponującą świątynią i pięknym widokiem na
Merapi. Podobno. Kiedy tam docieramy, po wulkanie nie ma śladu.

Następnego poranka stajemy przed wschodnim wejściem świątyni i dokładnie w tym momencie pojawiają się
na niej pierwsze promienie słońca. Oglądam się przez ramię, a geny jakiegoś prehistorycznego przodka, który czcił bóstwo w wulkanie, kopią mnie w żołądek.
Na samym środku wczorajszego niczego pojawia się równy wulkaniczny trójkąt. ON. Merapi. Jawajskie Oko Opatrzności.

merapi

merapi

merapi

Dziesięć minut później jest już po wszystkim. Słońce pnie się błyskawicznie do góry, mgła zasnuwa niebo, wulkan znika, na ostatni taras świątyni docierają pierwsi turyści, na których patrzymy trochę ze współczuciem,
a trochę z wyższością – „Nie widzieli!”

merapi

Czasem lepiej zobaczyć mniej, niż więcej.