fotoexplorer blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2010

Z okazji okazji między wulkany wciskam indonezyjski 11 listopada, czyli 17
sierpnia.

To nasz pierwszy dzień w Indonezji. Docieramy porannym samolotem do
Yogyakarty i od razu okazuje się, że nie jest tak, jak nam się wydawało, czyli że
w jeden dzień zwiedzimy miasto, w którym będą się dziać
rzeczy ciekawsze niż zwykle i jutro wyruszymy dalej.
Tymczasem dowiadujemy się, że rzeczy ciekawsze będą wieczorem, natomiast w
ciągu dnia pozamykane jest wszystko, co państwowe – muzea,
pałace, teatr cieni, informacja turystyczna, okoliczne świątynie…

Trochę zirytowani snujemy się po udekorowanym biało i czerwono (a
właściwie czerwono i biało, bo tu wszystko odwrotnie) mieście, 
uczymy przechodzić przez ulicę, nie dajemy naciągnąć batikowym naciągaczom
(„specjalna wystawa uczniów szkół artystycznych z okazji
Dnia Niepodległości, prawdziwa okazja!”) i przyglądamy przygotowaniom. Na
ogromnym klepisku przed pałacem sułtana buduje się wielka scena. Na drugiej, trochę mniejszej, trwa próba pseudorockowego zespołu.

Tuż obok
rozkręca się karuzela, rozstawiają stragany i powstaje
atrakcja wieczoru – mały zagajnik wysmarowanych zużytym olejem słupów.

Najpierw jednak parada przed Muzeum Wojska. Ale nie jak u nas – ulicą, na
placu, przed oczami szerokiej publiczności.
Tu publicznością są siedzący na tarasie muzeum oficjele, a reszta
obywateli, stłoczona przed otworami w murze,
ogląda całe widowisko z daleka i od tyłu. Obchody jak to obchody mają
lepsze i gorsze momenty, tym lepszym jest pokaz lotników.
Nie żeby zaraz samolotami – na piechotę. Orkiestra wojskowa z cymbałkami,
prowadzony przez wielkie ptaki
oddział bębniarzy w pomarańczowych kombinezonach i maskach tlenowych, wybijający rytm jak z karnawału w Rio, tamburmajorzy robiący szpagaty i skaczący po piramidach z bębnów… 

Zaszło słońce – koniec ramadanowego postu, wzdłuż krawężników rozstawiają się podręczne grille i garkuchnie. Idziemy na plac, a tam jak w amerykańskich filmach – tysiące nastolatków (chociaż oni wyglądają jak nastolatkowie jakoś tak
do trzydziestki) w bluzach, czarnych skórzanych kurtkach,
z wyżelowanymi włosami, namiastka wesołego miasteczka, muzyka, tylko
zamiast samochodów – morze skuterów.
Ludzie siedzą na ogrodzeniach, dachach ciężarówek, niektórzy przynieśli
swoje gitary (w ogłoszeniach kolekcjonerskich pojawia się
czasem stwierdzenie „nigdy nie wyjmowane w pudełka”, indonezyjscy chłopcy
z gitarami powinni pisać „oryginalne struny, nigdy nie strojone”).

Półnadzy mężczyźni wspinają się – a właściwie głównie ześlizgują – po
słupach, usiłując dotrzeć do dyndających na czubku pudełek.

A wszystko miałoby klimat wprost fantastyczny,
gdyby nie trwająca na scenie wielka telewizyjna pompa w stylu festiwalu w
Opolu. Ewakuujemy się i kończymy dzień późnym obiadem, gdzie niespodziewanie
trafiamy na zupełnie inną ścieżkę dźwiękową. Wpadają z ulicy – dużo ludzi, dużo
instrumentów,
jeszcze więcej entuzjazmu.  Są, jacy są. Ale jakoś nam z nimi dobrze :)

Merapi sam się doprosił o zaistnienie na blogu, trafiając z okazji swojego wybuchu do telewizji i na pierwsze strony internetowych portali. A było tak… 

Yogyakarta, w której zatrzymujemy się na kilka dni, leży 30 km od wulkanu. Niestety między Yogyą a wulkanem leżą chmury. Nie jakieś skłębione, malownicze, nisko wiszące chmurzyska – niebo wydaje się nawet niebieskie, tylko lekko zamglone, ale im dalej, tym bardziej świat nie istnieje. Nie lepiej jest w Borobudur – miasteczku z imponującą świątynią i pięknym widokiem na
Merapi. Podobno. Kiedy tam docieramy, po wulkanie nie ma śladu.

Następnego poranka stajemy przed wschodnim wejściem świątyni i dokładnie w tym momencie pojawiają się
na niej pierwsze promienie słońca. Oglądam się przez ramię, a geny jakiegoś prehistorycznego przodka, który czcił bóstwo w wulkanie, kopią mnie w żołądek.
Na samym środku wczorajszego niczego pojawia się równy wulkaniczny trójkąt. ON. Merapi. Jawajskie Oko Opatrzności.

merapi

merapi

merapi

Dziesięć minut później jest już po wszystkim. Słońce pnie się błyskawicznie do góry, mgła zasnuwa niebo, wulkan znika, na ostatni taras świątyni docierają pierwsi turyści, na których patrzymy trochę ze współczuciem,
a trochę z wyższością – „Nie widzieli!”

merapi

Czasem lepiej zobaczyć mniej, niż więcej.


  • RSS