Poranek
następnego dnia. Uznajemy (po konsultacji ze strategicznymi
częściami ciała), że hasło „trzeba mieć ambicję”
zrealizowaliśmy wczoraj z nawiązką. Plan na dziś to: śniadanie
na tarasie, KRÓTKA przejażdżka, a wieczorem kultura – balijskie
tańce. W przewodniku znajdujemy intrygujące miejsce 20 km od Ubud –
odległość wymarzona na nasze dzisiejsze możliwości.

Jedziemy. Z
jechaniem w Indonezji jest tak: generalnie lewą. Ale na przykład
skręcając skuterem w prawo (czyli przecinając pas ruchu, bo tu
wszystko odwrotnie) należy pojechać kawałek pod prąd skrajem
prawego pasa i wypatrzywszy umowną przerwę między pojazdami,
łagodnym skosem (cały czas pod prąd) włączyć się do ruchu na
pasie lewym. Pożądane jest, żeby osoby jadące pasem prawym
zniosły to ze stoickim spokojem. Indonezyjczycy znoszą.
Wyprzedzanie: skutery wyprzedzają się nawzajem jak chcą, gdzie
chcą i którędy chcą. Po zauważeniu innego pojazdu dwa centymetry
od siebie – nie panikować. Indonezyjczycy nie panikują. Samochody
ustępują tylko większym (czyli nie skuterom), tak samo przy
wyprzedzaniu. Po zauważeniu samochodu jadącego na czołówkę, nie
trąbić, nie błyskać, ustąpić – bo on nie ustąpi. Na drodze,
niezależnie od jej szerokości, ZAWSZE jest wystarczająco dużo
miejsca, żeby zmieściły się dwa samochody i skuter. Przynajmniej
tak uważają Indonezyjczycy. Przed wyprzedzaniem trąbić – nikt
nie patrzy w lusterka i może na przykład dokładnie w tym samym
momencie zechcieć skręcić. Bez kierunkowskazu oczywiście.
Skrzyżowania: jeśli nie ma świateł, pierwszeństwo ustalić siłą
i godnością osobistą – poruszać się jasno wytyczoną trasą,
pokazując całym sobą, że właśnie tędy i że właśnie ja. Być
gotowym na najbardziej absurdalną zmianę sytuacji. Jeśli są
światła – stanąć na czerwonym. A potem ruszyć zanim skończy
się świecić, bo w Indonezji światła zmieniają się rzadko i
normalny Indonezyjczyk nie ma cierpliwości, żeby tyle czekać.
Przejeżdżając na zielonym, uważać na tych, którzy stracili
cierpliwość. Przejeżdżając gdziekolwiek, uważać na święta
wioski – na Bali chyba codziennie jest święto jakiejś wioski
(albo kremacja – co na jedno wychodzi). Jedyne, co można wtedy
zrobić to stanąć w korku i spokojnie przyglądać się procesji
idącej lub – jeśli nie ma się szczęścia – siedzącej na
drodze. Ulice jednokierunkowe: są. Delikatną i nie przestrzeganą
sugestią. Piesi: ignorować (chyba że są procesją). W przypadku
wtargnięcia pieszego przed maskę (jedyny sposób, żeby przejść
przez ulicę) nie hamować. Jeśli nie zdąży uciec – ominąć w
ostatniej chwili.

Dlatego dziś
tylko 20 kilometrów – do Gunung Kawi. To miejsce w dolinie rzeki z
wyrzeźbionymi w skale wielkimi stupami. Początek mało zachęcający
– długie schody w dół z ciągnącym się wzdłuż rzędem
straganów z pamiątkami. Tylko że na schodach, poza kilkoma
turystami, sami Balijczycy. Jak zawsze pięknie ubrani, z wielkimi,
misternie ułożonymi, pełnymi owoców koszami ofiarnymi niesionymi
na głowach. W górę i w dół, w górę i w dół – schody do raju.
Raj jest na dole (bo tu wszystko odwrotnie) – wijąca się między
wzgórzami dolina, wypełniona tarasami ryżowymi, palmami, rzeką,
wyciętą w skale świątynią i ludźmi niosącymi kosze z owocami.

Gdzieś na
tarasach ryżowych schował się Wąż – chodząc po groblach
znaleźliśmy jego zrzuconą skórę. Jest też Drzewo – nie
jabłoń, a figowiec, banian. Baniany – święte drzewa hinduizmu -
rosnące niemal w każdej miejscowości, niesamowicie rozgałęzione,
rozpnione, okapliczkowane i osarongowane – robią potężne wrażenie.

Ze skalnych nisz
łypią na nas jaszczurki. Ze schodów – nie wiedzieć czemu –
rzeźba mamuta (nie wiedzieć czemu mamut, a nie że łypie –
wszystkie rzeźby na Bali mają to do siebie, że albo łypią, albo
się wytrzeszczają). Z wykutego w skale portalu łypią do kompletu
psy, próbując przemknąć za plecami odganiających je straganiarzy
i dorwać się do ofiarnych koszy. A my siedzimy na moście, pijemy
jakieś izotoniczne paskudztwo, gadamy ze sprzedawcami, patrzymy.
Cisza, spokój, itd…. Dobrze nam tu.

gunung

Potem jeszcze
kawałek dalej – do świątyni ze źródłami, z których wypływa
rzeka. Po dość nieudanym epizodzie z gorącymi źródłami w
Himalajach, wszystkie atrakcje ze źródłem w nazwie wzbudzają
naszą podejrzliwość, ale zaglądamy, bo to niedaleko. Tu już
komercja pełną gębą – wycieczki, strażnicy pilnujący, żeby
wyjść dłuższą drogą pomiędzy straganami, jedyne paskudne
jedzenie, jakie znaleźliśmy na Bali… Ale też basen z setkami
złotych tuczników, rząd fantastycznie łypiących rzeźb, kolejny
święty mąż i basen ze źródłami – w krystalicznie czystej
wodzie widać jak potężny strumień wybija spod ziemi. Niby nic
specjalnie ciekawego, gdyby nie absolutny – i dosłowny – odlot:
jaskółki. Spadają co kilka sekund nad źródło (i tylko tam),
uderzają o wodę – pac! – i z powrotem do góry. Tak szybko, że
rozmazują się w powietrzu. Pac! – kółko na wodzie i smuga po
jaskółce. Jak puszczanie kaczek – tylko ładniej. No i niby
komercja, a tyle radości.

A pies? Okazało
się, że tak naprawdę nie chodziło o nasze późne powroty (no,
może trochę). Zajęliśmy jego ulubiony bungalow. Z ulubionym
tarasem do wylegiwania. Patrzy na nas z takim wyrzutem, że
następnego dnia wymykamy się jeszcze przed świtem. Ale o tym
zupełnie kiedy indziej, bo przecież miało być nie po kolei.