fotoexplorer blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2010

port

Brak komentarzy

port1

Najpierw dopada nas upał, wali się na głowę z nieba, z jasnych ścian budynków dawnej Batavii. Potem przeraźliwy smród kanału („Chodźmy wzdłuż
wody, będzie chłodniej”), nad którym, jak na ironię, zwiesza się pocztówkowy holenderski mostek. A tuż za bramą portu – samozwańczy guide
z identyfikatorem na szyi i zaawansowanym słowotokiem. „Tamniemapocoiśćnicciekawegojawampokażęreallifeifiretemplezajedyne10dolarówodosoby”. Jakie nic ciekawego?! Uskakujemy przed
ciężarówkami wzbijającymi chmury pyłu, po wąskich trapach na dziesiątki
drewnianych (!) statków wędrują workowo-ludzkie hybrydy.

port2

„8
dolarów” – nie rezygnuje real life z identyfikatorem. Na nabrzeżu ktoś
ściera bryłę lodu, podaje robotnikom napoje w foliowych woreczkach. „6
dolarów”. Z odrapanego czółna wyjeżdża do góry na linach wielki
akumulator. „5 dolarów”. Trochę mnie ciekawi, do ilu można stargować
prawdziwe życie, nie odzywając się ani słowem, ale wreszcie nie wytrzymuję. „Co za fire temple?” „FiretemplereallifeyouseeIexplain4dollars”. Tak, oczywiście. A właściwie wytrenowane przez
dwa tygodnie „No-no”.  Wreszcie zostajemy sami z
pyłem, smrodem, upałem, portem i real life zupełnie za
darmo.

port3

Robotnicy machają do nas z paki ciężarówki. „- To mój statek,
mój!” – rozpromienia się człowiek na nabrzeżu, kiedy robię zdjęcie.
„Piękny” – uśmiecham się. Odrapany staroć, z obłążącą farbą. Piękny.
Większość zupełnie nie zwraca na nas uwagi. Zarobieni są.  Nikt
się nie oburza, że jakieś białasy plączą się w miejscu pracy, że coś ich może rozjechać, że może wpadną do wody i będzie kłopot. Nikt nie
domaga się kasy za wstęp ani zdjęcia.

port4

Dochodzimy do końca pirsu –
wreszcie czuć jakiś przewiew. Bryza. O zapachu ciepłej mokrej szmaty. Grunt, że trochę chłodniej. Piiiiiić…. I znów pył,
ciężarówki, worki, walący się z nieba upał, smród kanału. Jakoś nie chce
mi się stąd  wychodzić.

port5

Kilkaset metrów dalej w stylowej Cafe
Batavia, gdzie dopełzamy z początkami udaru cieplnego, kolonialne
wiatraki mielą powietrze, a elegancki kelner stawia przed nami paterę z owocami udając, że nie zauważa naszych przeraźliwie zakurzonych nóg. I czujemy się jak wtedy, kiedy prosto z kopalni siarki na
dnie wulkanu dotarliśmy przed sklep Ralpha Laurena na Bali. Ale to już
zupełnie inna historia:)

Więcej zdjęć na szufladazobrazkami.pl

indo-amnezja

Brak komentarzy

Polecieliśmy do Indonezji. Na dwa tygodnie, więcej nie było, zwiad właściwie, a nie porządny wyjazd. Dlaczego akurat tam? Wyszło z zestawienia krajów poza Europą, w których nie pada w sierpniu z cenami
biletów lotniczych. Na miejscu uzupełniliśmy „… nie pada w sierpniu
częściej niż raz dziennie”. Teraz wszyscy pytają „No i jak w tej
Indonezji?”, a ja próbuję coś
krótko o wulkanach, świątyniach, ludziach, jedzeniu i mam wrażenie, że
cały czas jakoś nie tak i nie o tym. To może wreszcie pora naprawdę
reanimować blog o dumnej i niewykorzystanej nazwie :) Zapraszam
na Indonezję w odcinkach. Oczywiście zupełnie nie po kolei.


  • RSS