… czyli „od Bantry Bay aż do Derry Quay, od Galway do Dublin Town”.
Wróciłam z kraju krów, byków, owiec, moherowych klifów, monsunów i dzikich węży :) Ofiary:
- zepsuty tuż przed wyjazdem aparat anachroniczny (znaczy na film)
- zepsuty w czasie wyjazdu data bank do syfrówki (zdjęcia z mozołem odzyskują się już trzeci dzień)
- zepsuty samochód (3,5 godziny wpatrywania się w urokliwy ale wciąż ten sam klif na totalnym zadupiu w oczekiwaniu na lawetę – i domki w kształcie ula!)
- zepsuty statyw Pawła, co ma jedną nóżkę bardziej (statyw nie Paweł)
- zepsuty obiektyw skutkiem ataku olbrzyma na grobli
- zepsute wiele puszek, kufli i butelek Guinessa, Kilkenny, Murphy’sa, cydru i irlandzkich kremów typu Bailey’s
- my – zepsuci Irlandią, do której koniecznie trzeba jeszcze raz :)