:napisz coś:

2011
sierpień
kwiecień
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
kwiecień
2008
listopad
październik
wrzesień
sierpień
2007
grudzień
wrzesień
sierpień
2006
grudzień
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
2005
grudzień
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
styczeń
2004
grudzień
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień



Tagi


foto
szuflada z obrazkami
fotoplastikon
fotoplenery
steve bloom
mtf
wolf
momenty
śmieciara
let there be light
fotowawa
magnum
masters
zosia zija
fotowyprawy
fotocafe

explorer
formacja
klub podróżnik
całus
jarek nohavica
ratuj tybet
travelbit
globtroter
taverna 10*B
national geographic pl
national geographic

foto/blogi
my-new-york
trzaskprask
bogna
ksawery
szteff
in-lens
everydayphoto
okulary
insider
jaskinia grendela
undaar
luneta
nightshotstars
lifeinframes
photos
migawka
pstryk
slajd
blekenduajt
chudkiewicz
warsawdaily
nelciak

mail

Liczniki odwiedziny od 28.12.03

©
Wszystkie zdjęcia na blogu są mojego autorstwa - chcesz wykorzystać - zapytaj


Photoblogs.org
View My Profile

piosenka dla wojtka bellona

... czyli migawki z Giełdy.

Tagi: muzyka, polska, góry


fotoexplorer | 2011-08-19 16:50:15 | skomentuj (0)


kaszmirowo



... czyli jak sie zebrać i przebrać. Z Indonezją jakoś poszło, a Indie od prawie trzech lat czekają na zmiłowanie. A więc...

Zdjęcia z Kashmiru - jezioro Dal w Śrinagarze. Jak mi determinacji nie zabraknie, to jezioro i miasto pojawi się niedługo w Szufladzie z obrazkami. A potem Ladakh.

Tagi: podróże, indie, kashmir, śrinagar


fotoexplorer | 2011-04-12 15:18:45 | skomentuj (0)


wulkanizacja - cz.4
(cd. notki 3)

"Wiesz co? Chyba Ci się spodoba!" - Ksawery jest kilkadziesiąt metrów przede mną. Zza zakrętu - i z ciemności - wyłaniają się szczyty wulkanów. Oraz nieziemski tłum, zwieziony tu jakąś godzinę przed nami, żeby marznąć, kupować szaliki, czapki i gorącą herbatę. Sprzedawcy upierają się podobno, że "no tea, no sunrise". Uciekam z tarasu i zjeżdżam w dół po przeraźliwie  stromym zboczu, błogosławiąc wibramowe podeszwy. Kilkadziesiąt metrów niżej, wisząc na pokręconym krzaczku,  mam już wulkany tylko dla siebie. Bromo dymi, Batok wygląda, a Semeru udaje, że go tam nie ma. Złociste babki wrzucone do wielkiego talerza bitej śmietany. Komercja komercją - a jednak pięknie.





Słońce jest już dość wysoko, kiedy zjeżdżamy na dno kaldery. Wygląda zupełnie jak łąka między Komańczą a Duszatynem w pewien sierpniowy poranek - z mleka wynurzają się tylko kępy trawy i prowadzące we wszystkich kierunkach ślady kół. Gdzie wulkan, gdzie miasteczko, gdzie kemping w Duszatynie? Z mgły wyłania się świątynia i prawie pusty parking dla jeepów. Większość wycieczek już się zwinęła, więc to my stajemy się głównym celem tubylców oferujących podwiezienie pod wulkan konno. Odpieramy atak i idziemy na piechotę -  to tylko kawałek pod górę, a potem zaczynają się schody. Naprawdę - na krawędź dymiącego wulkanu prowadzą stopnie z kamiennymi balustradami. Dla mnie jednak schody zaczynają się już wcześniej - w połowie podejścia jestem kompletnie wykończona, aż kręci mi się w głowie. Wysokość? Nie, Bromo ma 2300 m n.p.m., co to za wysokość... Mgła. Dopiero jak się rozwiała, można było poczuć, jak mało tlenu było wcześniej w powietrzu.







Na krawędzi Bromo jest już całkiem pusto. Zaglądamy w paszczę wulkanu, nie wygląda to szczególnie groźnie - wielki, buchający parą czajnik. Na przejście dookoła krateru nie mamy już czasu - a przynajmniej tak nam się wydaje, bo nie wiemy jeszcze, że spóźnieni o ponad pół godziny, będziemy następne pół czekać na naszego kierowcę. Schodząc w dół, mijamy procesję tubylców niosących ofiary dla Bromo. Komercja komercją - a jednak lepiej nie drażnić wulkanu.





Tagi: podróże, jawa, indonezja, wulkany, bromo


fotoexplorer | 2010-12-26 18:39:58 | skomentuj (0)


wulkanizacja - cz.3

Bromo i koledzy. Lata temu, kiedy z braku funduszy jeździłam w góry osobowymi z przesiadkami, a o lataniu na drugi koniec świata nawet mi się nie śniło, zobaczyłam gdzieś to zdjęcie. Było mniej więcej tak egzotyczne, jak widok ziemi z kosmosu - niby są ludzie, którzy to widzieli, ale nawet nie wiadomo, czy to do końca prawda. A teraz, kiedy po raz kolejny zamiast schodów na piętro kupiliśmy bilety lotnicze i obejrzeliśmy pocztówkę z Bromo we wszystkich witrynach agencji turystycznych, wleczemy się w koszmarnym upale po Yogyakarcie z plecakami, początkami udaru cieplnego i jasną perspektywą na horyzoncie - jutro cały dzień przesiedzimy w klimatyzowanym busie. Etos backpakerski leży i kwiczy cichutko o tanich pokojach z wiatrakami i rozklekotanych autobusach dla tubylców, ale dojazd do Bromo i Ijen lokalnym transportem zająłby za dużo czasu. Więc - jeden dzień w chłodzie!...

"Air-condition?" - dopominamy się po godzinie jazdy u kierowcy. "Problem-problem". Pewnie, że problem, bo sądząc z wyglądu przełączników, nie działają już od miesięcy. I problem, bo przez cały dzień leje i nie da się otworzyć okien. I problem, bo nawiew też prawie nie działa. Sauna.

Im bliżej, tym więcej deszczu. Mieliśmy pomysł, żeby zostać pod Bromo cały dzień i powłóczyć się z aparatem po okolicy, ale odpuszczamy, bo wtedy mocno skomplikowałby się nam dojazd do kopalni siarki w Kawah Ijen. Nie będzie świtu nad wulkanem jutro, to nie będzie wcale. A wszystko - nie tylko pogoda - zaczyna wskazywać na to, że nie będzie.

"Pieniądze na jeepa poproszę" - to w miejscowej agencji, której przekazuje nas kierowca. Obsługa jak z baśni braci Grimm - diaboliczny karzeł i facet bez oka. Jeep ma nas zawieźć jutro, jeszcze po ciemku, na punkt widokowy. "Zniżkę za brak klimy w busie poproszę" - odbijamy. Po kilku minutach standardowego wykręcania kota ogonem następuje wykręcenie finalne - "Ok, jeep normalnie kosztuje 90 tysięcy, opuszczę wam 15". Fantastycznie, tylko że 75 tysięcy to normalna cena. "Taaaak? Mogę się z wami założyć, że nie znajdziecie jeepa za 75". Taaaak? A właśnie, że znajdziemy!
Finał? - nie mamy jeepa za 75 tysięcy z agencji, a jutro o czwartej rano musimy znaleźć jeepa za 75 tysięcy w miasteczku przy wulkanie. To cena za osobę, w jeepie mieści się sześć. Zaryzykowały z nami dwie Słowenki, dwóch osób nam brakuje. Hmm...



W środku nocy bus wiezie nas do miasteczka na brzegu kaldery, a z nami kolejne dwie osoby, które dowiedziały się właśnie, że agencja im nie zamówiła jeepa, bo skoro my nie bierzemy, to na dwójkę się przecież nie opłaca. Mamy komplet, nie pada, niebo pełne gwiazd, na parkingu czeka kilkanaście jeepów - cuuuudownie. Ale... "Nie można wynająć - tylko przez agencję" - mruczą niewyraźnie kierowcy wpatrując się w obuwie. Yyyy... Jak to nie można - w Indonezji??? Gdzie każdy ma przyjaciela, który ma to, czego akurat potrzebujesz? Patrzymy ze Słowenkami na siebie i odzywa się w nas duch minionej epoki. "Na pewno da się coś załatwić" - mrugamy do tylnego rzędu. Chwila ciszy i ze skulonego na murku koca dobiega cena. Wysoka. "Możemy zapłacić 75 tysięcy za osobę" - próbuję ocalić resztki honoru, mimo że kolejne jeepy wyjeżdżają z parkingu, a świt coraz bliżej. "Ok" - zgadza się szybko koc. Ha!
Długa droga serpentynami pod górę, robi się coraz jaśniej i... korek. Ktoś zablokował drogę, ktoś próbuje zaparkować, ktoś się wycofuje... Wyskakujemy z samochodu i zasuwamy dalej na piechotę - zdążymy czy nie? To prawie równik, świt trwa tu jakieś 10 minut. Na sobie mamy po pięć warstw ubrań - wszyscy uprzedzali, że będzie koszmarnie zimno. Jest koszmarnie gorąco. Do końca drogi docieramy jednocześnie z naszym jeepem, bo korek się w międzyczasie rozkorkował. Widać już dolinę - jest kompletnie zasnuta chmurami. Przestaję się spieszyć.



cdn.



Tagi: podróże, jawa, indonezja, wulkany, bromo


fotoexplorer | 2010-12-12 14:21:56 | skomentuj (0)


dzień niepodległości

Z okazji okazji między wulkany wciskam indonezyjski 11 listopada, czyli 17 sierpnia.



To nasz pierwszy dzień w Indonezji. Docieramy porannym samolotem do Yogyakarty i od razu okazuje się, że nie jest tak, jak nam się wydawało, czyli że w jeden dzień zwiedzimy miasto, w którym będą się dziać rzeczy ciekawsze niż zwykle i jutro wyruszymy dalej. Tymczasem dowiadujemy się, że rzeczy ciekawsze będą wieczorem, natomiast w ciągu dnia pozamykane jest wszystko, co państwowe - muzea, pałace, teatr cieni, informacja turystyczna, okoliczne świątynie...



Trochę zirytowani snujemy się po udekorowanym biało i czerwono (a właściwie czerwono i biało, bo tu wszystko odwrotnie) mieście,  uczymy przechodzić przez ulicę, nie dajemy naciągnąć batikowym naciągaczom ("specjalna wystawa uczniów szkół artystycznych z okazji Dnia Niepodległości, prawdziwa okazja!") i przyglądamy przygotowaniom. Na ogromnym klepisku przed pałacem sułtana buduje się wielka scena. Na drugiej, trochę mniejszej, trwa próba pseudorockowego zespołu.



Tuż obok rozkręca się karuzela, rozstawiają stragany i powstaje atrakcja wieczoru - mały zagajnik wysmarowanych zużytym olejem słupów.



Najpierw jednak parada przed Muzeum Wojska. Ale nie jak u nas - ulicą, na placu, przed oczami szerokiej publiczności. Tu publicznością są siedzący na tarasie muzeum oficjele, a reszta obywateli, stłoczona przed otworami w murze, ogląda całe widowisko z daleka i od tyłu. Obchody jak to obchody mają lepsze i gorsze momenty, tym lepszym jest pokaz lotników. Nie żeby zaraz samolotami - na piechotę. Orkiestra wojskowa z cymbałkami, prowadzony przez wielkie ptaki oddział bębniarzy w pomarańczowych kombinezonach i maskach tlenowych, wybijający rytm jak z karnawału w Rio, tamburmajorzy robiący szpagaty i skaczący po piramidach z bębnów... 











Zaszło słońce - koniec ramadanowego postu, wzdłuż krawężników rozstawiają się podręczne grille i garkuchnie. Idziemy na plac, a tam jak w amerykańskich filmach - tysiące nastolatków (chociaż oni wyglądają jak nastolatkowie jakoś tak do trzydziestki) w bluzach, czarnych skórzanych kurtkach, z wyżelowanymi włosami, namiastka wesołego miasteczka, muzyka, tylko zamiast samochodów - morze skuterów. Ludzie siedzą na ogrodzeniach, dachach ciężarówek, niektórzy przynieśli swoje gitary (w ogłoszeniach kolekcjonerskich pojawia się czasem stwierdzenie "nigdy nie wyjmowane w pudełka", indonezyjscy chłopcy z gitarami powinni pisać "oryginalne struny, nigdy nie strojone").





Półnadzy mężczyźni wspinają się - a właściwie głównie ześlizgują - po słupach, usiłując dotrzeć do dyndających na czubku pudełek.





A wszystko miałoby klimat wprost fantastyczny, gdyby nie trwająca na scenie wielka telewizyjna pompa w stylu festiwalu w Opolu. Ewakuujemy się i kończymy dzień późnym obiadem, gdzie niespodziewanie trafiamy na zupełnie inną ścieżkę dźwiękową. Wpadają z ulicy - dużo ludzi, dużo instrumentów, jeszcze więcej entuzjazmu.  Są, jacy są. Ale jakoś nam z nimi dobrze :)

Tagi: podróże, indonezja, yogyakarta


fotoexplorer | 2010-11-10 22:12:38 | skomentuj (0)


wulkanizacja - cz.2

Merapi sam się doprosił o zaistnienie na blogu, trafiając z okazji swojego wybuchu do telewizji i na pierwsze strony internetowych portali. A było tak... 

Yogyakarta, w której zatrzymujemy się na kilka dni, leży 30 km od wulkanu. Niestety między Yogyą a wulkanem leżą chmury. Nie jakieś skłębione, malownicze, nisko wiszące chmurzyska - niebo wydaje się nawet niebieskie, tylko lekko zamglone, ale im dalej, tym bardziej świat nie istnieje. Nie lepiej jest w Borobudur - miasteczku z imponującą świątynią i pięknym widokiem na Merapi. Podobno. Kiedy tam docieramy, po wulkanie nie ma śladu.

Następnego poranka stajemy przed wschodnim wejściem świątyni i dokładnie w tym momencie pojawiają się na niej pierwsze promienie słońca. Oglądam się przez ramię, a geny jakiegoś prehistorycznego przodka, który czcił bóstwo w wulkanie, kopią mnie w żołądek. Na samym środku wczorajszego niczego pojawia się równy wulkaniczny trójkąt. ON. Merapi. Jawajskie Oko Opatrzności.

merapi

merapi

merapi

Dziesięć minut później jest już po wszystkim. Słońce pnie się błyskawicznie do góry, mgła zasnuwa niebo, wulkan znika, na ostatni taras świątyni docierają pierwsi turyści, na których patrzymy trochę ze współczuciem,
a trochę z wyższością - "Nie widzieli!"

merapi

Czasem lepiej zobaczyć mniej, niż więcej.



Tagi: podróże, jawa, indonezja, wulkany, borobudur, merapi


fotoexplorer | 2010-11-01 17:35:11 | skomentuj (0)


wulkanizacja - cz.1

Z mojej zamierzonej niepokolejności wynikła jedna rzecz niezamierzona: jako pierwszy - i na razie jedyny - pojawił się wulkan, który wzbudził w nas najmniej emocji. A przecież po wulkany właśnie przeleciałam pół świata.
Pierwsze oglądam przyklejona nosem do szyby samolotu Mandala Air lecącego o świcie nad Jawą. DYMIĄ. Z góry wyglądają jak takie trochę bardziej nierówne chłodnie kominowe. Potem, już z ziemi, jest Merapi (którego prawie nie ma), Bromo i Batok (które zdecydowanie są), Semeru (którego zdecydowanie nie ma) i Agung (o którym już było, ale jego nie było). O nich wszystkich później. Pierwszy pojawi się Kawah Ijen – bo należy mu się. Było już o raju – teraz schodzimy do przedsionka piekieł.

ijen

Z braku czasu do Ijen docieramy agencyjnym busem. Dzień wcześniej dajemy się orżnąć w hotelu na plantacji kawy – do tej pory byliśmy czujni, ale jesteśmy na nogach od trzeciej rano, a cwaniak lokalny przychodzi z wydrukowanymi biletami późnym wieczorem. Otwieramy, odbieramy, płacimy, zasypiamy. Rano dociera do nas, że w lokalnej grze Kto Kogo Przechytrzy chyba tym razem 1:0 dla nich. I mamy rację – szlaban na drodze otwiera się za dyskretnie wręczone dwa jajka, pobrane przez kierowcę z pozostałości naszego śniadania.
Wysiadamy u stóp wulkanu – brzmi dumnie, a nie wygląda. Drewniane budki, ścieżka, las, górka – zupełnie jak w Bieszczadach, tylko niektóre rośliny takie bardziej z kwiaciarni. Przy ścieżce przycupnęły kosze z siarką, stroszą żółte skrzydła – jak płaty zastygniętej pianki poliuretanowej. Ważą trochę więcej niż pianka, jakieś 80 kg każdy. Wynoszą je z dna krateru - 200 m pionowo do góry, potem 4 km w dół - mężczyźni ważący zdecydowanie mniej.

ijen

Na krawędzi – 2368 m n.p.m. Z dna krateru wali słup dymu, między skałami widać małe figurki ze skrzydlatymi koszami. Pięknego szmaragdowego jeziora prawie nie widać – dym. Wnętrze krateru zaskakujące – rumowisko jasnych skał o ostrych krawędziach, pomiędzy nimi wąska ścieżka w dół. Schodzimy.

ijen

ijen

Na brzegu jeziora , którego nadal nie widać, rozłożyła się mała … hmm… kopalnia? („górnik” - człowiek pracujący w środku góry – jeszcze pasuje, ale nikt tu niczego nie kopie). Wylatujące z wulkanu gazy przepuszczane są przez ceramiczne rury, w których kondensuje się siarka – wypływa czerwonymi strugami, stygnąc zestala się i żółknie. W dymie uwijają się postacie z twarzami owiniętymi szmatami, odłupując i wynosząc ciężkie żółte płaty. Pokazują, że możemy popatrzeć z bliska.

ijen

ijen

Podchodzę do „beczki”, pod którą zestala się siarka. Słup dymu bije pionowo do góry, powietrza mało, ale przez mokrą chustkę da się oddychać. Pracujący tam górnik wyciąga w moją stronę ładny, jeszcze nie do końca zastygnięty kawałek. „No rupias” - mówię. Nie chcę kupować. Uśmiecha się i wkłada mi ciepłą jeszcze siarkę w dłonie - ma kolor żółtka, które nie ugotowało się do końca na twardo. Chwilę później świat wybucha.

ijen

Kłęby brudnożółtego dymu są teraz wszędzie. Czas zwalnia i szatkuje się na urywane obrazy i dźwięki. Szarpię się biegiem w bok, woda – jezioro. W drugą stronę – skała. I dym, wszędzie dym. Łzy z oczu, wizg nabieranego do płuc, zupełnie bez udziału woli, powietrza. Gdzie tam powietrza! – dymu, tylko dymu. Panika – uduszę się! Krok, drugi, trzeci - znów pełne płuca dymu - czwarty - but ześlizgujący się po kamieniu – przewrócę się – wszystko jedno, przecież już wszystko jedno, bo wszędzie tylko dym - moja dłoń - czyjaś dłoń - „up, up, up!”, krzyczy dym. Ktoś. Górnicy. Dłoń łapie mnie za nadgarstek, ciągnie, za dłonią dym. Płuca już nie walczą, równomierny łomot, jak na filmach – puls czy…– mostek, buty po drewnianym mostku – idę, chyba wciąż idę – wszystko owija brudnożółta wata.


ijen

Muszę przestać się śmiać, koniecznie muszę przestać, bo trzeba oddychać. Powietrze! Dym wali bokiem, a w tym jednym miejscu, gdzie ustawili swoje maszyny – no przecież musieli wiedzieć, gdzie – powietrze! Atak kaszlu zgina mnie wpół. „Water! water!”- krzyczą górnicy. Piję. Lepiej.

ijen

ijen

Reszta jak przez mgłę. Wracamy na górę, ciężko oddychać – w płucach siedzi coś paskudnego. Robię jakieś zdjęcia. Widać przez chwilę jezioro. Żółty tuman co jakiś czas zakręca, omiata nas na ścieżce, „dym! dym! dym!” – dzwoni jak oszalała adrenalina. Krawędź krateru, szopa, gdzie górnicy ważą kosze, droga w dół przez las. Pochylam się, żeby zawiązać sznurowadło. Z kieszeni bojówek wypada zimny już siarkowy sopel i roztrzaskuje się na drobne kawałki.

ijen

Więcej zdjęć na szufladazobrazkami.pl



Tagi: podróże, jawa, indonezja, wulkany, kawah ijen


fotoexplorer | 2010-10-24 20:40:57 | skomentuj (0)


skuteriada - cz.2

Poranek następnego dnia. Uznajemy (po konsultacji ze strategicznymi częściami ciała), że hasło „trzeba mieć ambicję” zrealizowaliśmy wczoraj z nawiązką. Plan na dziś to: śniadanie na tarasie, KRÓTKA przejażdżka, a wieczorem kultura – balijskie tańce. W przewodniku znajdujemy intrygujące miejsce 20 km od Ubud – odległość wymarzona na nasze dzisiejsze możliwości.




Jedziemy. Z jechaniem w Indonezji jest tak: generalnie lewą. Ale na przykład skręcając skuterem w prawo (czyli przecinając pas ruchu, bo tu wszystko odwrotnie) należy pojechać kawałek pod prąd skrajem prawego pasa i wypatrzywszy umowną przerwę między pojazdami, łagodnym skosem (cały czas pod prąd) włączyć się do ruchu na pasie lewym. Pożądane jest, żeby osoby jadące pasem prawym zniosły to ze stoickim spokojem. Indonezyjczycy znoszą. Wyprzedzanie: skutery wyprzedzają się nawzajem jak chcą, gdzie chcą i którędy chcą. Po zauważeniu innego pojazdu dwa centymetry od siebie – nie panikować. Indonezyjczycy nie panikują. Samochody ustępują tylko większym (czyli nie skuterom), tak samo przy wyprzedzaniu. Po zauważeniu samochodu jadącego na czołówkę, nie trąbić, nie błyskać, ustąpić - bo on nie ustąpi. Na drodze, niezależnie od jej szerokości, ZAWSZE jest wystarczająco dużo miejsca, żeby zmieściły się dwa samochody i skuter. Przynajmniej tak uważają Indonezyjczycy. Przed wyprzedzaniem trąbić – nikt nie patrzy w lusterka i może na przykład dokładnie w tym samym momencie zechcieć skręcić. Bez kierunkowskazu oczywiście. Skrzyżowania: jeśli nie ma świateł, pierwszeństwo ustalić siłą i godnością osobistą – poruszać się jasno wytyczoną trasą, pokazując całym sobą, że właśnie tędy i że właśnie ja. Być gotowym na najbardziej absurdalną zmianę sytuacji. Jeśli są światła – stanąć na czerwonym. A potem ruszyć zanim skończy się świecić, bo w Indonezji światła zmieniają się rzadko i normalny Indonezyjczyk nie ma cierpliwości, żeby tyle czekać. Przejeżdżając na zielonym, uważać na tych, którzy stracili cierpliwość. Przejeżdżając gdziekolwiek, uważać na święta wioski - na Bali chyba codziennie jest święto jakiejś wioski (albo kremacja – co na jedno wychodzi). Jedyne, co można wtedy zrobić to stanąć w korku i spokojnie przyglądać się procesji idącej lub – jeśli nie ma się szczęścia - siedzącej na drodze. Ulice jednokierunkowe: są. Delikatną i nie przestrzeganą sugestią. Piesi: ignorować (chyba że są procesją). W przypadku wtargnięcia pieszego przed maskę (jedyny sposób, żeby przejść przez ulicę) nie hamować. Jeśli nie zdąży uciec – ominąć w ostatniej chwili.



Dlatego dziś tylko 20 kilometrów - do Gunung Kawi. To miejsce w dolinie rzeki z wyrzeźbionymi w skale wielkimi stupami. Początek mało zachęcający – długie schody w dół z ciągnącym się wzdłuż rzędem straganów z pamiątkami. Tylko że na schodach, poza kilkoma turystami, sami Balijczycy. Jak zawsze pięknie ubrani, z wielkimi, misternie ułożonymi, pełnymi owoców koszami ofiarnymi niesionymi na głowach. W górę i w dół, w górę i w dół - schody do raju. Raj jest na dole (bo tu wszystko odwrotnie) – wijąca się między wzgórzami dolina, wypełniona tarasami ryżowymi, palmami, rzeką, wyciętą w skale świątynią i ludźmi niosącymi kosze z owocami.





Gdzieś na tarasach ryżowych schował się Wąż – chodząc po groblach znaleźliśmy jego zrzuconą skórę. Jest też Drzewo – nie jabłoń, a figowiec, banian. Baniany - święte drzewa hinduizmu - rosnące niemal w każdej miejscowości, niesamowicie rozgałęzione, rozpnione, okapliczkowane i osarongowane - robią potężne wrażenie.





Ze skalnych nisz łypią na nas jaszczurki. Ze schodów – nie wiedzieć czemu – rzeźba mamuta (nie wiedzieć czemu mamut, a nie że łypie – wszystkie rzeźby na Bali mają to do siebie, że albo łypią, albo się wytrzeszczają). Z wykutego w skale portalu łypią do kompletu psy, próbując przemknąć za plecami odganiających je straganiarzy i dorwać się do ofiarnych koszy. A my siedzimy na moście, pijemy jakieś izotoniczne paskudztwo, gadamy ze sprzedawcami, patrzymy. Cisza, spokój, itd…. Dobrze nam tu.

gunung





Potem jeszcze kawałek dalej – do świątyni ze źródłami, z których wypływa rzeka. Po dość nieudanym epizodzie z gorącymi źródłami w Himalajach, wszystkie atrakcje ze źródłem w nazwie wzbudzają naszą podejrzliwość, ale zaglądamy, bo to niedaleko. Tu już komercja pełną gębą – wycieczki, strażnicy pilnujący, żeby wyjść dłuższą drogą pomiędzy straganami, jedyne paskudne jedzenie, jakie znaleźliśmy na Bali… Ale też basen z setkami złotych tuczników, rząd fantastycznie łypiących rzeźb, kolejny święty mąż i basen ze źródłami – w krystalicznie czystej wodzie widać jak potężny strumień wybija spod ziemi. Niby nic specjalnie ciekawego, gdyby nie absolutny – i dosłowny - odlot: jaskółki. Spadają co kilka sekund nad źródło (i tylko tam), uderzają o wodę – pac! – i z powrotem do góry. Tak szybko, że rozmazują się w powietrzu. Pac! – kółko na wodzie i smuga po jaskółce. Jak puszczanie kaczek - tylko ładniej. No i niby komercja, a tyle radości.





A pies? Okazało się, że tak naprawdę nie chodziło o nasze późne powroty (no, może trochę). Zajęliśmy jego ulubiony bungalow. Z ulubionym tarasem do wylegiwania. Patrzy na nas z takim wyrzutem, że następnego dnia wymykamy się jeszcze przed świtem. Ale o tym zupełnie kiedy indziej, bo przecież miało być nie po kolei.

Tagi: podróże, bali, indonezja, gunung kawi, tirta empul


fotoexplorer | 2010-10-17 15:47:14 | skomentuj (0)


skuteriada - cz.1

batur

Chcemy dojechać do Pura Besakih – kompleksu świątynnego na zboczach wulkanu Agung. Chociaż zaczynamy podejrzewać, że z tym wulkanem to jakiś kant - nie widzieliśmy go ani razu od przyjazdu na Bali. Jest co prawda trochę pochmurno, ale uznajemy, że trzy tysiące metrów powinno być widoczne przynajmniej od czasu do czasu. Co więcej, Lonely Planet pisze, że świątynia jest oblegana przez turystów i hordy naciągaczy. No to mamy pierwsze wyzwanie – dojechać skuterem na nieistniejący wulkan i poszukać klimatu w superatrakcji turystycznej.

Do Pura Besakih jedzie się przez Klungkung. A Klungkung czy Kalimantan – to przecież prawie to samo. Szczególnie, kiedy ten pierwszy na znakach zapisany jest jako Semarapura, bo przecież wszyscy wiedzą, że tak się kiedyś nazywał. Przeglądać mapę w czasie jazdy na tylnym pałąku skutera odważyłam się dopiero następnego dnia. Ma być coś na „K”. Kiedy okazuje się, że jakoś za długo jedziemy na północ, uznajemy, że właściwie wszystko jedno, którego wulkanu nie zobaczymy, bo go tam wcale nie będzie. Po drodze mamy Batur.

 

batur

A jednak jest, chyba wyłącznie dlatego, że trzeba zapłacić za wjazd na drogę widokową. Chociaż tak trochę z łaski – zamglony, zachmurzony i jakiś taki nieszczególnie robiący wrażenie.Zjeżdżamy serpentynami na dno kaldery czegoś, co kiedyś było znacznie większe niż stojący w niej Batur. I zaczynamy doceniać. Parkujemy skuterek na wyschniętej trawie, muchy brzęczą, wulkan stoi, jezioro faluje, od czasu do czasu przejeżdża ciężarówka z ziemią (wożą tę ziemię po całej Indonezji). Kontemplujemy zmiany układu chmur nad wulkanem ("Jest, jest, kawałek niebieskiego się pokazał!"). Cisza, spokój, ciężarówka z ziemią, cisza...


batur

Droga dookoła jeziora. Z tablicami "Na końcu drogi czynny wulkan". Jedziemy, losowo wybierając kierunek na rozjazdach. Do wulkanu nie dojeżdżamy, za to w miejscu, gdzie kończy się asfalt, stoi świątynia.  I tubylcy - zapraszają do środka, biegną do wioski po sarongi, żeby było przyzwoicie. A w środku kilkunastu chłopa z mozołem wciąga bambusowe belki na dach budowanego pawilonu - wyższy od nich o jakieś pół metra Ksawery zgłasza się na ochotnika w charakterze dźwigu. Tuż obok święty mąż przyjmuje mieszkańców wioski. Paprocie wyrastają z kamienia, rzeźbione smoki szczerzą paszcze, po dziedzińcu biegają wyścigowe kury. Cisza, spokój, stukanie młotków, cisza...


batur

batur

Godzinę później idę szosą pod górę w kasku na głowie, mrucząc „no baaaardzo śmieszne” pod adresem mijających mnie i rechoczących Balijczyków. Bardzo śmieszne, że nasz skuter nie potrafi wjechać serpentynami na górę z dwiema osobami na pokładzie. Nawet jeśli jedna waży ponad sto kilo. Wreszcie docieramy do szosy biegnącej krawędzią kaldery i oczywiście nie trafiamy w drogę na skróty, którą pokazuje nasza mapa. Z prostego powodu - bo jej tam nie ma. Podobnie jak skrótu, który miał odchodzić od jeziora. Zrobiło się późne popołudnie, jesteśmy na drodze na Klungkung (w samą porę…), nasz skuter nie wjeżdża pod górę, wobec czego podejmujemy jedyną słuszną decyzję – jedziemy do Pura Besakih.


pura besakih

Niby trochę naokoło, ale licząc od rana to już tak naokoło, że właściwie wszystko jedno. Musimy tylko skręcić w lewo we właściwej miejscowości. Co może być trudne, bo w Indonezji miejscowości ciągną się kilometrami i przechodzą płynnie jedna w drugą. Tabliczek z nazwami nie ma, zresztą chyba już nikt się nie może połapać, gdzie przebiegają granice - adresy na szyldach (jedyne źródło informacji, gdzie jesteśmy) często mają wpisaną nazwę najbliższej większej miejscowości albo tych, między którymi prowadzi droga. Np. „Warsztat samochodowy (po indonezyjsku - Cuci Auto), Denpasar-Singaraya”. Kiedy – pewni, że jednak przejechaliśmy – postanawiamy wracać, pojawia się drogowskaz PURA BESAKIH. A potem kolejne. A potem trzeba być sprytnym i czytać Lonely Planet. Przy ostatnim drogowskazie pokazującym w prawo, skręcamy w lewo i lądujemy przy bocznym wejściu. Wulkanu nie widać, widoków nie widać, turystów nie widać. Nie widać też obowiązkowych sarongów, obowiązkowych pasów do sarongu, obowiązkowych pamiątek i obowiązkowych hord naciągaczy. W ogóle niewiele widać, bo za chwilę zajdzie słońce a my stoimy w środku chmury. I jest pięknie.


pura besakih

Z mgły wyłaniają się dachy świątyń, procesje tubylców z ofiarami, rzeźby demonów opiekuńczych, czarna i biała kura oraz dwóch cwaniaczków usiłujących sprzedać nam 10 złotych polskich i wejściówki do świątyń, do których nie wolno wchodzić. Nie jesteśmy zainteresowani, potem jeszcze dwa razy nie jesteśmy zainteresowani, a potem mamy już cały kompleks dla siebie. Cisza, spokój, mgła, cisza... Magicznie.


pura besakih

Kiedy wychodzimy, jest już zupełnie ciemno. Odpalamy skuter, włączamy światła… Włączamy światła… NIE DZIAŁAJĄ. Ani przód, ani tył. Mamy do przejechania pół wyspy drogą, którą jeszcze nie jechaliśmy, jest czarna noc, jedziemy czarnym skuterem, a ja mam na plecach czarny plecak. Dobrze, że czarna kura została w świątyni. Zaplątuję z tyłu odblaskowy pasek i powoli ruszamy.

pura besakih

Trzy minuty po wyjechaniu z zasięgu latarni i wpadnięciu w pierwszą dziurę, dochodzimy do wniosku, że chyba jednak nie. Stajemy na poboczu, Ksawery dłubie scyzorykiem przy przełączniku, ja próbuję wypatrzyć jakiś nocleg w przewodniku. I nagle staje się światłość. Jedziemy! Pół godziny później, zsuwając się powoli z serpentyn, ledwie widocznych w słabej skuterowej lampce, dochodzimy do wniosku, że bez świateł nie mielibyśmy szans.

pura besakih

W Ubud, w bramie homestayu czeka na nas pies właściciela i robi nam awanturę pt.: ”O której to się wraca do domu”. Prychając i warcząc odprowadza nas do bungalowu i obrażony idzie spać. My też.
c.d.n.



Tagi: podróże, bali, indonezja, pura besakih, batur


fotoexplorer | 2010-10-08 21:34:08 | skomentuj (0)


skuteriada - wstęp



Właściwie to chcieliśmy na Flores. Góry, wioski, misjonarze, mało turystów – brzmiało dobrze. Albo na Sumatrę. Orangutany. Dżungla. ORANGUTANY. Ale.... Wszystko rozbijało się o to, że mając dwa tygodnie na Jawę plus coś, na Flores musielibyśmy polecieć, na miejscu wynająć jeepa z kierowcą i w połowie wyspy zawrócić, żeby zdążyć na samolot. Drogo i bez sensu. Flores i Sumatra zostały odłożone na mityczny „następny raz” a my postanowiliśmy oswoić Bali. Wulkany - są. Świątynie - są. Przyroda - jest. Hordy turystów za ciężką kasę i fama głównej imprezowni Indonezji - jest. Wyzwanie też jest – znalezienie klimatu.

ubud4

Na bazę do zwiedzania wyspy wybraliśmy Ubud. Nie leży nad morzem, więc jest tu mniej turystów, poza tym jest piękne, artystyczne i tańsze – wyczytałam. NIE W SIERPNIU. Wysiadamy na głównej ulicy - Monkey Forest Road. Późnym wieczorem, przeraźliwie zmęczeni, głodni i brudni. Tego samego dnia rano próbował udusić nas wulkan, a tu świecą wystawy sklepów z ekskluzywnymi markami, w restauracjach setki turystów, a wzdłuż wąskich chodników - rzędy naganiaczy. „Transport!” - facet podstawia mi pod nos zalaminowany kartonik z wydrukowanym TAXI. „No-no” to już odruch. Uśmiecha się i odwraca kartkę. MAYBE TOMORROW? - czytam. „Room!”, „taxi!”, „room!”, „transport!”, „room!” - rozlega się co pół metra. Sprawdzamy dwa zapisane jeszcze w Polsce adresy, ceny trzy razy wyższe niż w moich notatkach. Dramat. Przenocujemy tu, a potem podpinamy się do internetu i szukamy, gdzie uciekać. „Nie lubię Ubud” - ogłaszam wszem i wobec.


Ono mnie też nie. Chwilę później trafiam stopą w kawałek wystającego z chodnika żelastwa. Krew leje się strumieniami, o chodzeniu po miasteczku i szukaniu sensownego noclegu nie ma co myśleć, instalujemy się na Monkey Forest Road. W bungalowach zbudowanych na dachu innego budynku. Po prostu – na płaskim betonowym stropie ktoś postawił domy z werandami. Do tego rośliny w donicach, basen... I wystające słupy z prętami zbrojeniowymi.



Następnego dnia, po zejściu z Monkey Forest Road, Ubud zaczyna wyglądać zdecydowanie bardziej przyjaźnie. Tylko wyglądać. Tym razem obłamana płyta chodnikowa i druga strona stopy, krew leje się strumieniami itp., itd. O planowanej wspinaczce na wulkan mogę zapomnieć – jedyne, w czym mogę chodzić to sandały. Znajdujemy tańszy nocleg, stwierdzamy, że nie ma co panikować i postanawiamy pojeździć bo Bali skuterem.


„Helooouuuu!!! Where are you goiiiiiing today?” - to nasz gospodarz, codziennie rano. Balijczycy w ramach wymieniania uprzejmości nie pytają, jak się czujesz. Człowiek szczęśliwy musi mieć miejsce, z którego wyrusza i miejsce, do którego idzie. Jeśli nie wie dokąd idzie, to nie ma sensu pytać, jak się czuje – nie może być dobrze. „Zastanowimy się przy śniadaniu” - gospodarz ma łzy w oczach, czujemy jak całe Ubud wstrzymuje oddech - „ale najprawdopodobniej Pura Besakih” - ulga, szczęście, kamień z serca, Ubud spokojnie wraca do rozstawiania koszyczków z ofiarami wszędzie tam, gdzie najłatwiej się na nich poślizgnąć. „A czym jedziecie?” „Skuterem”. „Macie skuter?” „Jeszcze nie”. Ups, błąd. POTRZEBUJEMY CZEGOŚ. A skoro potrzebujemy, to trzeba poruszyć niebo, ziemię i wszystkich swoich przyjaciół, żeby nam to dostarczyć. To nic, że 50 metrów od nas jest wypożyczalnia. Mamy czekać, skuter zaraz będzie. Po 10 minutach jest. Za mały, nie zmieścimy się na nim we dwójkę z plecakami. Ale to nic, inny przyjaciel ma większy. Czekamy kolejne 10 minut, przyjeżdża taki sam. Ale trzeci przyjaciel... Uciekamy do wypożyczalni i po chwili wyruszamy Czarną Strzałą w kierunku wschodzącego słońca. A właściwie na północ, bo pomyliliśmy drogi. Co okazało się tylko pierwszą z atrakcji czekających nas tego dnia...

c.d.n.

ubud

 

PS. Nie zrobiłam żadnego zdjęcia na Monkey Forest Road. Zauważyłam to dopiero szukając zdjęć do tego wpisu :)



Tagi: podróże, indonezja, ubud


fotoexplorer | 2010-10-04 20:03:58 | skomentuj (0)